Nareszcie żagle!

10 sierpnia, niedziela:

Wczoraj w sobotni wieczór i dzisiaj w niedzielną noc zaraz po północy otrzymaliśmy następne relacje z kolejnych dni irlandzkich odcinków naszej wyprawy. Chyba tam na północno-zachodnich krańcach naszego kontynentu czas biegnie inaczej. Relacje dotyczą zamierzchłych czasów od wtorku do czwartku. Tym razem maile nadeszły z adresu Dobrusi Reymont, która we wstępniaku uwypukla „Pragnę zauważyć, że autorem relacji jest Paweł Reymont :)”. A więc:

Wtorek – nareszcie żagle!

Z Blacksod Bay wyszliśmy nie za wcześnie. Nie zachęcały do tego, ani wspomnienia dnia wczorajszego, ani irlandzka aura, której bardziej opisywać nie będziemy. Dość powiedzieć, że najwyższy klif Europy – Achill widzieliśmy tylko od pasa w dół.

Niezbyt ciekawe widoki zrekompensowało nam za to odstawienie silnika. Tak! Na wysokości skał Carrick Lakin dieslowe opary zastąpiliśmy żaglami i to wszystkimi trzema.  Postawienie foka przyniosło nam wiele frajdy, gdyż wierząc w wyższość naszej myśli żeglarskiej nad myśl poprzednich załóg, postanowiliśmy rozplątać, wg nas zaplątane, wszystkie szoty. Dla niewtajemniczonych tak dobrze jak my w arkana sztuki żeglarskiej, fok na Melinie posiada cztery szoty: prawy, lewy, górny i dolny. Oczywiście fachowych nazw szotów „pionowych” nie znamy, a wysiłki spędzone nad rozplątywaniem przyniosły efekty dokładnie żaden, to jednak udało nam się rozwinąć trzecie skrzydło, co dodało nam z pół knota do prędkości i 10 stopni do przechyłu. A dęłło miło. 3-4 z S-W, z przepiękną, długą, niestety dość płytką, zachodnią falą oceaniczną.

Mijając lewą burtą Clew Bay, oddalaliśmy się od lądu, co pozwoliło włączyć w nas Japaneese- Tourist – Mode i mogliśmy delektować się bezmiarem oceanu.

Piękną tę chwilę przerwały manewry, wśród broniących wejścia do fiordu Killary, skał zębów. Fala zniknęła, żagle poszły w dół, a do naszych uszu powróciło mruczenie dieslowych tłoków. Zagłębialiśmy się w jedyny Irlandzki fiord.Po prawej burcie mijaliśmy rybie, a po lewej owcze pastwiska. Nawet rzęsisty prysznic nie był w stanie przegonić nas pod pokład. Otaczające góry witały nas, poprzecinaną kamiennymi murkami, soczystą zielenią z biegającymi po niej owcami. Z magii gór wyrwał nas kajakarz, który za punkt honoru postawił sobie zawstydzić Melinową katarynę i towarzyszył nam przy burcie przez ok. 1,5 mil. Może nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jechaliśmy 6,5 knota, a on, niczym Stirlitz, udawał, że nigdzie się nie spieszy. Na koniec stanęliśmy na przywioskowym kotwicowisku, gdzie w cieniu gór, wypiliśmy ten co  zwykle jabolowy soczek oraz, bardziej przystający do irlandzkiego pubu, real Irish stout, którego nazwy nie przytoczę, gdyż lepszy był od Guinessa od zapachu, aż po finisz. Najlepiej wchodził.

Na uwagę zasługuje też fakt, iż kapitan po rozgrzewce z trzecim oficerem przy billardowym stołem, zrównał z ziemią reprezentanta lokalnych zawodowców. Chciałbym napisać, że dało to Melinie dozgonnie darmowy postój, ale reprezentant miał na oko 14 lat, a za mecz zapłacił zwycięzca.

 

Środa – Wyspy Aran

Środowy poranek przywitał nas widokiem Wenus między górami Ben Gorm a Devil’s Mother. Cumę z boi oddaliśmy zaraz po przespanym przez całą załogę „psiaku”. Fiord Killary przez noc w ogóle się nie zmienił, nie licząc tego, że pożegnał nas tym razem rzęsistym deszczem. Rozpoczęliśmy kluczenie między licznymi wysepkami i skałami.

Wczesne wyjście sprzyjało wachtowej organizacji życia jachtowego. Ktoś spał, ktoś sterował i tak o to wypłynęliśmy na otwarte morze.

Do wysp Aran dopływaliśmy, skąpani promieniami słońca, halsując się rozpustnie baksztagami. Zwiedzanie Inishmore rozpoczęliśmy od zacumowanych w Kilronan kutrów. Cumując dziobem pod cumy jednego, rufą do rufy trzeciego, a wantami do dziobu drugiego, oraz dzięki pomocy właściciela trzeciego kutra, uzupełniliśmy zapasy wody oraz jedzenia.

Na koniec dnia postanowiliśmy zdobyć położony nieopodal portu, podobno dwudziestowiekowy, fort.  Klucząc pomiędzy kamiennymi murkami niczym po labiryncie, przy którym zamek Midasa to budka z Guinessem, napawaliśmy się słońcem, zielenią oraz widokiem oceanu z dziwnej perspektywy. Labirynt okazał się zbyt trudną zagadką dla naszych morskich instynktów i tak o to  wyszedł nam spacer, po którym padliśmy na koję, nie mając siły na poszukiwanie pubu. No i żadnego zamku nie zdobyliśmy.

Odnotować też trzeba fakt, że udało nam się wziąć prysznic w przyportowym B&B, który kosztował nas więcej niż postój w niejednej marinie, gdyż nie dość, że nadszarpnął basz budżet, to także nasz negocjacyjny honor.

 

Czwartek – dzień pełen atrakcji.

Po niepowodzeniu dnia poprzedniego, uzbrojeni w dwukołowe rumaki, ruszyliśmy na podbój Dun Aonghasa, największej twierdzy na wyspie. Jadąc wzdłuż północnego wybrzeża, napotkaliśmy wygrzewające się na słońcu foki, które zaniepokojone naszymi obiektywami, zaczęły przewracać się z boku na bok. Twierdza okazała się kupą kamieni w kształcie pół okręgów, otwartych od strony morza pionowym klifom. Przetestowawszy naszą odporność na lęk wysokości wróciliśmy do portu i przygotowaliśmy się do wyjścia. Szykował się nocny przelot.

Udowadniając ponadprzeciętny kunszt żeglarski kapitana, oficerów oraz reszty załog, wody Killeary Bay opuściliśmy bez użycia śrudy silnika. Halsując pod wiatr, obfotografowaliśmy ogromne klify Moheru. Widząc jak wielką jesteśmy atrakcją dla ustawionych na szczycie szczurów lądowych, postawiliśmy foka i dumnie przedefilowaliśmy przed lufami ich obiektywów. Kolejną atrakcją dla załogi był desant na jacht lokalnych służb obrony wybrzeża, którzy pełni szacunku dla prawdziwych żeglarzy szturm odpuścili, a wizytę zakończyli życzeniami nieprzedawkowania Guinessa w docelowym Dingle.

Dzień zakończyliśmy w morzu, w towarzystwie mew, ptaków, które wyglądały jak latające pingwiny oraz skrzecących przy burcie delfinów. Słońce zachodziło, fala rosła, wschodził księżyc, a przed nami zaczęły pojawiać się ciemne chmury. Wszystko wskazywało na ciekawą noc, która w rzeczy samej okazała się mrożąca krew w żyłach a ropę w filtrach. Lecz nie wyprzedzajmy faktów. Było pięknie!

 

Paweł Reymont