Wreszcie morze

7 sierpnia, czwartek:
Dzisiaj nadeszła kolejna relacja. Tym razem mailowo od Piotrka Szajowskiego, ale dotyczyła chyba wtorku lub środy. A może poniedziałku…
„Dzień trzeci – wreszcie w morze
Ranek powitał nas lokalną odmianą wyżu, która w literaturze naukowej nazywa się płytką zatoką niżową. Generalnie padało z rzadka.
Nareszcie wyszliśmy. Wiatr, jak to wiatr – w mordę i nie za dużo. Za to drepcząc powoli na silniku spotkaliśmy Słońce. Trafiło nas szperaczem prosto w oczy i okazało się, że mahoń na pokładzie ma na prawdę jasny kolor. Już zaczęliśmy się martwić, czy z nadmiernej suchości pokład nie popęka, ale na szczęście irlandzka aura przyszła z pomocą. 
Wychylając się coraz bardziej poza Donegal Bay zaczęliśmy być trafiani przez, będące pozostałością po przechadzającym się nieopodal centrum niżu, północne fale. Na falach tych pojawiły się kolejne, zachodnie pomieszane z południowymi. Niby nie za duże, ale na dziobie jak w pralce. Podsumowując – wyścig o fotel prezesa został rozpoczęty. Śniadanie przyniosło niejednoznaczne rozstrzygnięcie. Wśród załogi rozgorzała dyskusja, czy na stanowisko można aplikować telefonicznie spod pokładu, czy też twarzą w twarz przez relingi. Koniec końców zawiązała się cała rada nadzorcza, która wspólnie skonsumowała prezesowy rarytas. 
No i widoki… Nareszcie po miesiącach, a może i latach cierpień i tęsknoty, ujrzeliśmy bezkres morza z jedynej słusznej perspektywy. Fale, wiatr i nieskończoność w zasięgu ręki. Tylko z lewej burty ciągle coś przesłaniało granicę nieba i morza. Sądząc po kształcie: warstwowo nakładających się pagórków, wzgórz i gór o różnych odcieniach zieleni, był to brzeg Irlandii. Nawet skały na klifach są tam zielone. Nie licząc tych czarnych – one są jak Guinness. 
Apropos piwa, zgodnie z założeniem trafiliśmy w Blacksod Bay i uleczywszy sponiewierane żołądki część załogi postanowiła zdobyć przykotwicowiskową wioskę. Oprócz cuchnącego rybą portu znajdował się tam pub oblegany przez tambylców, których było więcej niż okolicznych domów, a każdy z nich pił cydr, Smithwicka lub Guinnessa. Cydr ten sam co w Killybegs, ale lepszy. Guinness bez zmian.”