Spływający jęzor

9 lipca, niedziela

Przed szóstą rano stanęliśmy przy pomoście w najbliższej odległości od jęzora. To był jęzor spływającego ze szczytów gór lodowca Svartisen. Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na podbój. Naprzód szutrową drogą przez łąki i lasek, a potem wzdłuż jeziora polodowcowego, które zasilane jest głównie wodą z topniejącego lodowca.

20170709_120409m

Stanęliśmy przed wypolerowanym przez lód kamiennym korytem. Ruszyliśmy w górę skacząc jak kozice górskie z kamienia na kamień. Wielokrotnie musieliśmy kluczyć i zawracać, bo na przeszkodzie stawały ogromne rozpadliny. Po dwóch godzinach mordęgi nasze czoła i wywalone jęzory dotarły do czoła jęzora lodowca.

20170709_140235m 20170709_132407m

20170709_134158m 20170709_133232m

Tam wznieśliśmy toast szklaneczką whisky z kawałkiem 1000-letniego lodu, odłupawszy go od lodowca uprzednio znalezioną kamienną siekierką.

20170709_140531m 20170709_135934m

Zejście było gorsze od wejścia. Zaczął padać drobny deszczyk i wypolerowane kamienie stały się śliskie, jakby były zamarznięte. Wszyscy zaliczyli co najmniej jedno fiknięcie.

Tutaj do obejrzenia filmik Roberta.

Do jachtu dotarliśmy powłócząc nogami. Pieruńsko zmęczeni, ale bardzo zadowoleni – pierwszy punkt programu został zrealizowany. Wieczorem ruszyliśmy dalej.