Lodowiec Svartisen

22 czerwca, czwartek

Jeszcze tej samej „nocy” spotykamy wieloryba.  Pojawia się tylko 3 razy, robi raz „puf” i znika w głębinach. Do pomostu u podnóża lodowca dochodzimy w godzinach śniadania.  Lodowiec widoczny z jachtu sprawia wrażenie jakby był w zasięgu ręki i zdobycie go to kwestia pięciu minut. Jemy śniadanie i o 1200 startujemy w stronę lodowca. Najpierw 4 kilometry pokonujemy po płaskiej drodze wzdłuż jeziora. Później zaczynamy wspinaczkę po gładkich skałach wypolerowanych przez lodowiec przez miliony lat. Idziemy po szlaku, który oznaczony jest w sposób nie zawsze wystarczający.  Wspinaczka okazuje się dużo trudniejsza niż przypuszczaliśmy. Po drodze spotykamy miłą Japonkę. Kiedy dowiaduje się, ze jesteśmy z jachtu stojącego przy kei u podnóża lodowca, jest pełna podziwu dla naszego jachtu. Ona wraz z mężem też żegluje i zostawiła jacht w Bodo i przyjechali na lodowiec wynajętym samochodem, gdyż prognozy wiatrowe nie były dla nich korzystne.

20170621_143821_resized

Nasze plany dotarcia na szczyt trzeba włożyć między bajki. Byłaby to wyprawa na całej dzień lub dłużej.  My docieramy do punktu widokowego u podnóża lodowca.  Dokonujemy wpisu w mieszczącej się tam pamiątkowej skrzynce i możemy już wracać. Zmęczenie w drodze powrotnej daje znać o sobie. Na jacht docieramy około 1800. Mimo wysokiej opłaty za postój w tym miejscu (300 koron bez toalety i prysznica) postanawiamy tu zostać do rana.
Wieczorem mamy jeszcze gości.  Zapraszamy na jacht stojących obok Duńczyków. Miłe małżeństwo na emeryturze płynie na Svalbard. Żeglują we dwoje na jachcie 13 metrów.
Zostały nam 2 dni do końca rejsu. Niestety, mimo starań i rozważania różnych koncepcji nie uda nam się odwiedzić Lofotów. No cóż.  Może będzie kolejny raz.

Pozdrawiam
Robert Rzepecki