Dywagacje z deszczowej drogi

2 czerwca, czwartek

„Relacji ciąg dalszy, a zarazem chyba jej koniec, bo dziś stajemy w Bergen.

Wczoraj z Jorpeland przepłynęliśmy do… Hundesund, Kundelsund? Jakoś tak. Mieliśmy chwilę pięknej pogody i nawet ciepło się zrobiło.

Po drodze Agnieszka wspięła się na maszt. Na samą górę. Była w specjalnych majtkach i przywiązana do fału. Stała na salingu i robiła śmieszne figury. Zuch dziewczyna. Bo to był ten górny saling. Ja bym nawet na dolny nie wlazł. Agnieszka wzięła ze sobą kamerę sferyczną Bartka. Piękne zdjęcia z tego wyszły. A jak zeszła na pokład, to odśpiewano jej „Sto lat” na siedem głosów.

Na obiad było coś dobrego… Nie pamiętam. Warte jest jednak zaznaczenia, że na Melinie się dobrze je, a to za sprawą poleconego i dostarczonego przez Bolka zaopatrzenia z jakiegoś cateringu we Wrocławiu. Pycha. Rumsztyki, dewolaje (nie wiem jak to się pisze), schabowe, i sam już nie pamiętam co. Aha, i pierogi. Z mięsem oraz ruskie. Wszystko to zapakowane próżniowo, tylko otworzyć, podgrzać i jeść.

W Hundesund okazało się, że Adaś ma jeszcze jedną butelkę. Tak jakoś mu się zapomniało przez cały rejs o tym wspomnieć. W dodatku niewielka – półtoralitrowy Grant’s. Wyrazy uznania dla Adasia niniejszym.

Przy tej butelce wysłuchaliśmy przejmującej opowieści Bolka o o zatonięciu pierwszej Meliny. Jak spotkacie Bolka, koniecznie poproście go o tę opowieść. Potem było parę innych opowieści; morskich, jak to bywa w takich przypadkach, i jeziorowych też.

Kiedy butelka się skończyła, sięgnęliśmy po smętne resztki z szafki alkoholowej, którymi okazały się być trzy butelki wina. Jakoś daliśmy radę. Nikt nie biegał na metę.

A ostatnią resztką z tej szafki była puszka piwa, która przed chwilą rozszczelniła się w wyniku zafalowania, i kapitan zarządził jej rozpicie. Bartek oddał mi swoje dwa łyki. Czołem, Bartku! Od razu lepiej się pisze.

Daleko jeszcze mamy do tego Bergen. Cały dzień płynięcia. Wiatr słaby, z południa. Deszcz. Mało widać. Kto może, siedzi pod pokładem, a kto musi, to na. Kambuz spisuje się na medal. Na śniadanie była jajecznica. Internet raz jest, raz go nie ma, czasem przyjdzie jakiś mail, czasem nie.

I to by było na tyle, powiedziała Agnieszka.

Andrzej D.”