Taniec z delfinami i zbiornikowcem

18 marca, środa

Zaczęło się całkiem spokojnie. Wiaterek niewielki, słoneczko, więc czas ruszać na Gran Canarię. Dosyć rozkoszy Treneryfy, odwiedzania dzikich miejsc i nocnych obserwacji gwiazd z płaskowyżu pod wulkanem. Czas wracać. Wychodzimy praktycznie w ciszy, ale jest to południowa część wyspy osłonięta od silnych wiatrów. Dopiero po minięciu wielkiej skały wychodzimy na ocean. Trafiamy od razu w strefę akceleracji wiatru, więc żegluga jest szybka i na razie spokojna. Potem fala rośnie i przy sterze zostają ci, którzy lubią żeglować na fali. Pojawiają się delfiny. Najpierw jest para, która bawi się pływaniem wzdłuż jachtu tam i z powrotem. Trudno to sfotografować, ale przypuszczam, że będą dobre foty. Potem spotykamy stado delfinów, które płyną swoim kursem, kolizyjnym z naszym. Przecinamy nasze trasy i płyniemy dalej.

Potem mamy zbiornikowiec. Idzie sobie bez ładunku i wygląda, że idzie nam za rufę. A więc nic takiego. Ale ktoś go zawsze obserwuje. Nagle on zmienia kierunek i idzie na nas. Przecież on jest szerszy, niż my jesteśmy dłudzy… Zwiewamy, ile się da. W końcu grot na trzech refach i fok zwinięty do połowy dają niezły gaz. Ale trzeba pomóc sobie silnikiem. W końcu widzimy jego lewą burtę i jesteśmy bezpieczni.

Jazda szybka, wiatr 19 metrów na sekundę, grzywy fal, słońce i pył wodny zwiewany z czubków grzyw. W końcu podchodzimy pod znajomy port Puerto de Mogan. Znamy wejście, znamy głębokości. Więc tylko szybkie wpłynięcie na żaglach i znowu jesteśmy w tym samym miejscu co poprzednio. Potem tylko toast za szczęśliwe ocalenie i ciepły obiad dla wszystkich. Smakuje wyśmienicie. Jest spokojnie i kolorowo.

Zygmunt