Z Gomery na Teneryfę

13 marca, piątek

Mimo tak standardowo pechowej daty ruszyliśmy w morze. Postanowiliśmy zmienić miejsce postoju i klimat z gomeryjskiego na teneryfowski. Rano Zygmunt ruszył na przeszpiegi promem, a reszta tuż po południu Meliną. Wieczorem odebraliśmy wycieńczonego Zygmunta w Marinie Colon, gdzie chcieliśmy przycupnąć na noc, ale nas przepędzono twierdząc, że nie ma miejsca. Bzdura – pełno było, widzieliśmy. Ale cóż było robić, przenieśliśmy się do Marina del Sur w Las Galletas, znanego z tego, że na sporej wielkości marinę przypadają jedynie 4 (cztery) oczka sanitarne. Za to tu, po spełnieniu „cudownego ocalenia” poszliśmy do knajpy spróbować morskich specjałów. Skonsumowaliśmy dwa półmiski różnych różności i do tego trzy białe wina. A były tam grilowane: langustynki, krewetki, muszelki w trzech rodzajach, dwie ryby, bakłażany, papryka i kartofelki. Pyszne, chociaż nie każdy z nas tak twierdzi, ale pięknie się różnimy.

IMGP9175