Żeglujemy

11 marca, środa

Ostatnie dwa dni poświęciliśmy na żeglowanie – przecież jesteśmy na jachcie. We wtorek z Puerto de Mogan popłynęliśmy na Teneryfę. Jako port docelowy wybraliśmy Marinę San Miguel – tam już Melina stała z poprzednią załogą. Płynęliśmy na żaglach 10 godzin. Wiało do 13 m/s, czyli 6 st. Beauforta. To był pierwszy sprawdzian morski dla załogi. Zdała go bardzo dzielnie, więc należało się tradycyjne „za cudowne ocalenie”. Wszyscy cudownie ocaleni przyjęli to z przyjemnością. Wpływając usłyszeliśmy tubalny głos: „Cześć Bolek!”. To mój dobry znajomy z Pogorii – Michał Kobyliński. Prowadzi 33-metrową drewnianą brygantynę pod banderą brytyjską, której właścicielem jest Szkot. Czyli tak, jak w przypadku Meliny. Spotkanie przy rumie Aeruchas przeciągnęło się do popółnocnego czasu.

Jak żeglować, to żeglować. W środę, czyli dzisiaj, postanowiliśmy ruszyć w kierunku La Gomery. Godzinę po wyjściu z mariny nagle z pokładu usłyszeliśmy okrzyk „Delfiny, delfiny!”. To zerwało na nogi całą załogę. Tak, zawsze ci mili mieszkańcy otmętów morskich są ogromną atrakcją. Sesja zdjęciowa trochę potrwała i ruszyliśmy dalej.

IMGP9959

Znowu wiatry w zasadzie nam sprzyjały i ostrym bajdewindem zbliżaliśmy się do wyspy. Pod koniec Zygmunt zaproponował: „A może byśmy spróbowali popływać na rumplu awaryjnym?”. Co to dla nas, myk-myk i zainstalowany finezyjnie powyginany kawał rury zastąpił koło sterowe. Fajnie było. Tak dopłynęliśmy do San Sebastian, stolicy La Gomery. Udało się znakomicie, więc należało to uczcić toastem „za cudowne ocalenie”. Piękne miejsce to San Sebastian.

IMGP9041 IMGP9036

Jedno przemyślenie nt. „Żeglujemy

Możliwość komentowania jest wyłączona.