Lazurowe lagunki i kasza gryczana

17 października, piątek

Jacek Pasikowski, jak to dobry gospodarz, przesłał dla następnej załogi mail ze spisem zaopatrzenia w artykuły spożywcze i gospodarcze zrobiony z natury. Przyda się na pewno, dziękujemy. Nie weźmiemy np. soli (jest 1,5 kg) i kaszy gryczanej (jest 17 woreczków)… Ale dlaczego nie ma żadnej informacji o płynach, hm, ustrojowych? Czyżby wyszły?

Przy okazji przekazał parę informacji z ostatnich dwóch dni:

Po przeskoku na Ibizę weszliśmy rano do San Antonio po nocnej żegludze przy początkowo baksztagowym, a nad ranem beidewindowym wietrze. Piękna jazda. Miasto niezbyt ciekawe - właściwie tylko efektowna promenada,  ale marina wyjątkowa. Drinki powitalne w barze, wszystko mające keje, fajnie zaprojektowany budynek kapitanatu i ekstra sanitariaty. Wczoraj wyszliśmy o świcie, co mogłoby być wyczynem gdyby nie to, że tu świt jest o 08:00. Trochę halsówki przy zachodnim wybrzeżu Ibizy, przejście w 
pobliżu iglicy wystającej z morza i już połówką i baksztagiem przeszliśmy na wschodnia stronę Formentery. Stanęliśmy na kotwicy przy niebiańskiej plaży o białym piasku i lazurowych lagunkach, albo jak kto woli jakuzi. Od zachodu mierzei niesamowity przybój na rozległych płyciznach, od wschodu spokojna błękitna woda i na niej stojąca na kotwicy Melina. Plażowanie, spacery, kąpiele, grzanie się w słońcu - Karaiby. Tak nam się spodobało, że zostaliśmy na noc. Oczywiście wachta wystawiona. Rano ciąg dalszy dogadzania sobie w tych niezwykłych okolicznościach przyrody. Po 15:00 wypłynęliśmy w stronę Ibizy. Dwie godzinki zwiedzania fantastycznie ufortyfikowanego wzgórza i miasta Ibiza u jego podnóża. Wieczorem wyszliśmy w stronę Majorki. Nie wieje, idziemy na silniku.