Dzienne archiwum: 13 czerwca 2018

Milazzo na Sycylii, a nie na Sardynii

13 czerwca, środa

Z kotwicy przy miasteczku Stromboli na wyspie Stromboli z wulkanem Stromboli zeszliśmy o wpół do dziewiątej. Popłynęliśmy równiutko na południe kursem 180 w kierunku Milazzo na Sycylii. Połówką dopłynęliśmy na miejsce i znowu rzuciliśmy kotwicę (CNK!). Wieczorem bączkiem dopłynęliśmy do miasteczka. Pominięte w przewodnikach okazało się pełne zabytków i mające swoją ogromną twierdzę. Nocny widok z niej jest zachwycający.

20180613_200923m 20180613_212659m

Dziękuję wnikliwemu Anatolowi, za zwrócenie uwagi w komentarzu na poważny błąd w tytule. Nikt inny nie zauważył, że Milazzo nie leży na Sardynii, tylko na Sycylii.

Na Stromboli na Stromboooli…

13 czerwca, środa

Efekty – palce lizać. Sami zobaczycie!

Wulkan Stromboli, to jeden z głównych celów i atrakcji naszych sardyńsko-sycylijskich etapów. O świcie ruszyliśmy z Lipari i przed południem stanęliśmy na kotwicy (tej Całkiem Nowej Kotwicy) przy wyspie Stromboli, nieopodal miasteczka Stromboli, pod górującym nad wszystkim wulkanem Stromboli. Zarezerwowana wycieczka miała rozpocząć się o 1645. Zapobiegliwy Robert zagnał nas pod kościół, spod którego mieliśmy ruszyć w górę, już o 1445. Zimne piwo pod kościołem nawodniło nasze spragnione ciała.

20180612_145315m 20180612_151837m

Ludzie schodzili się powoli całymi chmarami. Zostaliśmy podzieleni na 20-osobowe grupy. Musieliśmy przejść szkolenie, wypożyczyć specjalne górskie buty i zafasować kaski ochronne, jednolite dla każdej grupy. Nam przypadł w udziale kolor niebieski.

Jednokolorowe grupy ruszają co parę minut ostro pod górę. Mamy do pokonania 900 m w pionie i trzy godziny marszu, żeby dotrzeć o zmierzchu na szczyt. Doświadczony przewodnik spokojnym tempem prowadzi nas krętymi ścieżkami przez dolną, jeszcze zieloną część góry. Skwar, duchota, pył, zmęczenie. Spływający pot zrasza obficie czoła, moczy koszule i majtki. Co 20-30 minut krótki postój, łyk wody i przy okazji ciekawy wykład przewodnika o wulkanach.

20180612_184607m 20180612_181037m

Po dwóch godzinach wychodzimy na pozbawioną roślin czarną część wulkanu już ponad chmurami. Jest naprawdę ciężko. Wąska ścieżynka udeptana setkami nóg wije się jak wąż i niemiłosiernie pyli drobniuteńkim czarnym pyłem wulkanicznym. U góry i u dołu widać jakby gąsieniczki włażące na czarny wulkan.

20180612_190245m 20180612_195647m

Po następnej godzinie dochodzimy wreszcie na szczyt. Czuć siarkę. Ubieramy się w ciepłe rzeczy, bo wiatr łagodzący dotychczasowe zmagania, jednak jest trochę już zimny. Zapada zmierzch, słońce chowa się pod chmury.

20180612_200930m 20180612_203351m

Nagły grzmot przeszywa powietrze, widzimy dym. Już jest ciekawie. Po dodatkowym rygorystycznym przeszkoleniu podchodzimy do krawędzi wulkanu.

20180612_202546m 20180612_202809m

W odległości 300 m od nas w czarnej czeluści widać jakby piec hutniczy buchający bez przerwy ogniem piekielnym i wyrzucający co chwilkę kawałki rozpalonej lawy i kamieni.

20180612_205151m 20180612_205532m

Nagle tuż obok czerwono-żółtej czeluści wybucha jeden, a potem drugi fajerwerk. Tak to się powtarza co 10-12 minut.

20180612_211337m 20180612_211335m

Siedzimy tak godzinę wpatrzeni w niecodzienne zjawisko. Dobra, już wystarczy. Przewodnik rozdaje nam maseczki przeciwpyłowe. Zapalamy latarki i całkiem po ciemku schodzimy bardzo, bardzo ostro w dół jakby po bardzo stromej wydmie. Tylko ta wydma jest czarna, a na dodatek jest czarna noc. W dole i w górze suną te same gąsieniczki, tylko już świecące swoimi czołówkami. Pył, piach i kamyczki dostają się do butów. Ale mamy zakaz zatrzymywania się. Dopiero po ponad pół godzinie takiego niemal zbiegania otrzymujemy możliwość chwili odpoczynku. Kilogramy piachu wysypujemy z ulgą z butów.

Pył. To co przy wejściu pod górę wydawało nam się nie do wytrzymania, tutaj okazało się wielokrotnie gorsze. Czasem światło z czołówki nie mogło przebić się przez wszechogarniający pył i rozpraszało się nie dochodząc pod nogi. Wejście w strefę zieloną niewiele pomogło. W takich tumanach doszliśmy pod kościół. Tutaj okazało się, że Ela zgubiła na szczycie wulkanu telefon, który jakiś łaskawca przyniósł do rąk własnych po pół godzinie.

Uff, udało się. Kąpiel w morzu była wybawieniem dla naszych uciemiężonych ciał. Ale Elę, chyba za karę za gapiostwo, poparzyła meduza, która niezauważona (meduza) zniknęła w czarnej otchłani morza. Umordowani, ale szczęśliwi poszliśmy spać.