Archiwa kategorii: ..Sezon 2018

Mistrzowie halsu

20 kwietnia, piątek

Po wypłynięciu wczoraj z Gibraltaru załoga znowu musiała halsować, aż do samej Malagi. Dwa tygodnie walki z nieustannym wiatrem od dziobu. Pech. Malaga była celem tego etapu rejsu. I tu następny pech. Z informacji uzyskanych z pokładu wynika, że w Royal Marinie okazało się, że jest dostępna tylko dla rezydentów (?), a w marinie miejskiej nie było miejsc. To już ogromny pech. W rezultacie zmęczona załoga cofnęła się parę mil i zakończyła rejs o godz. 1900 w Benalmadena.

Życzmy im owocnego wieczoru kapitańskiego i szczęśliwego powrotu do domu!

Znowu w morze

16 kwietnia, poniedziałek

W rozmowie telefonicznej tuż po przybyciu do Mohammedii Przemek od razu w pierwszych słowach przekazał mi, że jacht jest w jak najlepszym porządku. Bardzo mnie to ucieszyło. Od zimowej remontowej przerwy technicznej w Hiszpanii nie mamy z Lady Meliną żadnych kłopotów, a przepłynęła w 40 dni ponad 1500 Mm. W tym czasie silnik pracował prawie 200 godzin – bez zarzutu. Oby tak dalej.

A załoga? Raptem dobę pobyli w Maroku i wyprysnęli znowu na morze.

LADY MELINA departed from
Port MOHAMMEDIA
at 2018-04-16 13:10 Local Time (2018-04-16 11:10 UTC)

Halsówka na oceanie

10 kwietnia, wtorek

Lady Melina wypłynęła z Santa Cruz na Teneryfie w niedzielę 8 kwietnia o godz. 1254 UTC. Niestety prognozy wiatrowe nie były zbyt korzystne – wiatry północne. I faktycznie chcąc dostać się na Maderę lub do Maroka musieli ostro halsować.

20180411_131607m

Ostatni sygnał AIS otrzymaliśmy dzisiaj o godz. 1852 UTC. Powodzenia!

Koniec kanaryjskiego etapu 45,46

2 kwietnia, poniedziałek

Ciut po południu Lanego Poniedziałku dotarliśmy do Wrocławia. W 12 kanaryjskich dni przepłynęliśmy 215 Mm w czasie 50 godzin, z czego 29 godzin na żaglach. Wypłynęliśmy z Las Palmas na Gran Canarii, na Teneryfie odwiedziliśmy Santa Cruz, marinę San Miguel i Puerto de Los Gigantes, na Gomerze byliśmy w San Sebastian, w drodze powrotnej na Teneryfie  w Las Galletas i zakończyliśmy w Santa Cruz de Tenerife.

 

Wielkanoc 2018

Płynąc po oceanie, zza świątecznego stołu serdeczne pozdrowienia i życzenia dla wszystkich przyjaciół Wrocławskiej Asocjacji Przyjaciół przesyła załoga Lady Meliny.

20180401_094727m

A teraz świąteczne reminiscencje Jurka z ostatnich dni:

No i nieubłaganie zbliża się koniec rejsu. Dramat pierwszego dnia zmienił się w jedną z najpiękniejszych podróży mojego życia. Choroba morska ustąpiła miejsca radości z kołysania i podskakiwania na falach. Nieporadność coraz lepiej wykonywanym poleceniom kapitana. Zachwyty z niepowtarzalnych zachodów i wschodów słońca, czy też płynących obok jachtu delfinów. Bezproblemowe spanie i jedzenie pod i na pokładzie w czasie rejsu i bujania (a miałem nadzieję, że schudnę dzięki chorobie morskiej). Potrafiłem już posiekać na drobno cebulę i paprykę nie obcinając sobie przy okazji palców mimo kołysania, które pierwszego dnia powalało mnie z nóg i doprowadzało do skrajnej frustracji,  A do tego eksplorowanie najciekawszych zakątków kolejnych wysp, poznawanie ludzi, tutejszej kultury i obyczajów. Bajeczne słońce i ciepło przy świadomości, że w kraju paskuda i śnieg z deszczem. A tu eldorado! Eden! Poznałem świetnych ludzi. Brak konfliktów w grupie obcych przecież osób, skupionych na tak niewielkiej przestrzeni, skazanych na niewygody i chwilami  bardzo trudne warunki rejsu to coś trudnego do wytłumaczenia. Doświadczyłem empatii, przyjaznych gestów, pomocy w najmniej spodziewanych chwilach. Myślę, że właściwe dobranie się załogi, było jednym z warunków tak udanego rejsu. No i śmiech! Niejednokrotnie do łez, bo potrafiliśmy się śmiać ze wszystkiego! I mimo że na takiej niewielkiej jak na oceaniczne warunki łodzi znalazłem się po raz pierwszy , to ani razu nie miałem obawy, że stanie mi się coś złego. Nawet tego pierwszego dnia nie było chwili zwątpienia, że się wywrócimy, potopimy. Może to wynik mojej żeglarskiej ignorancji i niefrasobliwości, a może po prostu wiara w moc naszego jachtu i umiejętności kapitana. Jego spokój, rozwaga, opanowanie i pewność z jaką podejmował wszystkie decyzje, działały na mnie bardzo uspokajająco i dawały wiarę , że wszystko będzie ok. Nie piszę tego gdyż wychodzę z założenia że „dzień bez wazeliny jest dniem straconym”. Dla mnie tak to po prostu wyglądało i zachęciło mnie do kolejnych rejsów, jeśli tylko będzie taka okazja. I tak sobie pomyślałem: Dziwni Ci żeglarze. Są gotowi ponosić wszystkie trudy żeglugi i poniewierania przez fale, by oprzeć stopę na suchym lądzie tylko po to, by wypłynąć następnego dnia… JM

Zdjęcia będą, będą

A na razie tekst napisany przez Jurka Michajłowa – reminiscencje z pierwszych dni.

Po naszym pierwszym rejsie Kapitan zapytał mnie, czy czegoś bym o tym nie napisał na stronie Lady Meliny. Jako prosty szczur lądowy nie znam się na obyczajach żeglarskich, ale myślę, że Kapitanowi, podobnie jak kobiecie w ciąży, nie odmawia się… No i dobrze… Ale cóż tu pisać gdy mi wystarczy jedno słowo… ARMAGEDON! Pewnie coś dla ludzi przyzwyczajonych do żeglowania po morzach i oceanach jest normalnością i powszednią rutyną, dla mnie było konfrontacją nieopanowanej i wszechdominującej siły wodnego żywiołu z banalną słabością człowieka, czyli moją. Zaczęło się od zachwytu pięknym, eleganckim, pełnym mahoniowych detali jachtem. Stanąłem na pokładzie jednej z łodzi, które do tej pory podziwiałem jako zwykły turysta przechodzący przypadkiem obok portów jachtowych w czasie swych wakacyjnych podróży. Podziwiałem elegancko poukładane i biegnące we wszystkie strony liny, których nazw nie będę się nawet starał zapamiętać, bo życia mi nie starczy, bo młody już to ja bynajmniej nie jestem. Niespotykane i niezrozumiałe w swym przeznaczeniu elementy, detale, sprzęty i urządzenia. A potem… Odbijamy. Pierwsze wyjście z portu i zaczęło się!!! Fale na 4-5 metrów, szalona huśtawka z jednoczesnym rzucaniem na boki. Rollercaster, to przy tym co się działo, to zjeżdzalnia dla przedszkolaków i to z grupy młodszej. Skorzystanie z toalety na drobne siku stało się prawdziwym wyzwaniem. Utrzymywanie się na muszli przez parę sekund  było trudniejsze niż na byku w czasie rodeo w Texasie. Fruwałem w powietrzu poznając niezwykły stan lewitacji, i to mimo braku podstaw znajomości yogi. Do tego nieustanne mulenie w brzuchu i uczucie, że żołądek za chwilę opuści na zawsze moje ciało wraz z całą swoją zawartością. Nie było jej zresztą zbyt wiele, bo sama myśl o zjedzeniu lub wypiciu czegokolwiek powodowała nasilenie objawów ucieczkowych. Podobnie jak myśl o zejściu pod pokład. Jedynym miejscem dający szansę przeżycia, o ironio, okazał się przeorany wiatrem i falami pokład Lady Meliny. Nie sposób tu opisać tej całej mnogości uczuć oraz doznań psychicznych i fizycznych, bo mimo doświadczeń mojego długiego 65-letniego życia, po prostu brakuje mi słów. Nic tylko Armagedon! Ale dobiliśmy w końcu do portu, do kei, i doznałem wspaniałego uczucia spokoju i bezruchu… Osiągnąłem nirwanę! I to tylko przez proste stanie na twardym gruncie. Było pięknie!!!

Straty? Jakie straty!

24 marca, sobota

Zaczęło się już na morzu w drodze z Gran Canarii na Teneryfę. Wiał piękny wiatr 15-20 kn z północy, czyli baksztag prawego halsu. Grot na 2. refie. Fale normalne, jak to na oceanie, 2-3 m. Ale niektóre… no właśnie, i taka jedna obaliła kapitana niemal pod relingi, a Ankę sponiewierała w zejściówce.

Wczoraj rano w marinie Santa Cruz De Tenerife wiaterek porwał foliówkę z dokumentami i ubezpieczeniem jachtu i umieścił w mokrej wodzie portowej. Akcja połowowa trwała pół godziny i papiery zaczęły suszyć się powieszone na sznurkach w office mariny.

Wypożyczyliśmy autko, pojechaliśmy na wycieczkę na Playa De Las Teresitas, na przeróżne miradory, do Lasu Zmysłów i nagle… Jacek stwierdził brak portfela z dokumentami i kartą płatniczą. Akcja poszukiwawcza doprowadziła do wniosków, że karta zdążyła już być dwukrotnie użyta w bankomacie w San Cristobal de La Laguna niezgodnie z zasadami współżycia międzyludzkiego i w związku z tym została zablokowana przez bank.

Uspokojeni tym faktem zjedliśmy spokojnie buritos w pięknej miejscowości Orotava, a następnie pojechaliśmy zdobyć najwyższy szczyt Hiszpanii – El Teide. Pewną ręką prowadziła nas nawigacja. Mijaliśmy zdziwionych ludzi, osły i muły. Droga stawała się coraz węższa i coraz stromsza. Aż się skończyła. Na dodatek wjechaliśmy w chmury i zapadł zmierzch.

W drodze powrotnej policja dokonywała mistrzowskich wolt i odsyłała od Annasza do Kajfasza niezapowiedzianych gości z zagubionymi dokumentami pragnących dokonać zgłoszenia tego faktu (udało się to, najprawdopodobniej, dopiero dzisiaj rano).

Wieczorem jeden z załogantów przyznał się, że schodząc z jachtu się wyp… i boli go lewe kolano, prawe udo i prawa łopatka.

Nie jest źle.

Nastała wiosna

21 marca, środa

Na Lady Melinie nastała wiosna. Przybyła nowa ekipa w składzie: AA, JaJo+Ju i BiH. Przylecieli na Teneryfę…, a łódka stała w  Las Palmas na Gran Canarii. Mimo tych przeciwności losu dotarli busem, promem, taxi i na piechotę na jacht.

20180321_145704m Marcowe Kanary

Na zdjęciu od lewej stoją Ja, Ju, Ha, siedzą An, Ar i Jo. Zdejmował Bo. W 12 dni płynąc z Gran Canarii zamierzają odwiedzić Teneryfę, La Palmę, El Hierro, La Gomerę i zakończyć na Teneryfie.

2018 – dotknąć Morze Czarne

13 marca, wtorek

Po długich i wyczerpujących dyskusjach wreszcie zapadła decyzja. Rok 2018 spędzimy na Lady Melinie pływając wzdłuż Morza Śródziemnego. Naszym celem na lato jest zobaczenie i dotknięcie Morza Czarnego.

Po drodze zahaczymy o Baleary, Korsykę, Sardynię i Sycylię. Przepłyniemy przez Morze Jońskie, Egejskie i Marmara. Zdobędziemy Stambuł. Przez Bosfor wpłyniemy na Morze Czarne. Tak? Oby. Ale to przede wszystkim od Was zależy.

Aktualna sytuacja w zakładce TERMINARZ 2018.

Się udało

21 lutego, środa

Udało nam się zostać niezaaresztowanymi. Wypłynęliśmy z Agadiru w poniedziałek o godz. 1230, a przypłynęliśmy do Arrecife na Lanzarote dzisiaj rano o 0630 płynąc w zasadzie przez cały czas na żaglach połówką, początkowo przy wietrze 5, następnie 4 i pod koniec 3 B.

20180220_213648[1]m

Jest ciepło, ale wietrznie i jedziemy zaraz na wycieczkę.

Najprawdopodobniej

19 lutego, poniedziałek

Po wizycie w Najgłówniejszym Urzędzie Celnym i rozmowach z Bardzo Ważnymi Osobami istnieje duże prawdopodobieństwo, że wypłyniemy dzisiaj w południe. Jak się nie będziemy odzywać, to znaczy, że albo odpłynęliśmy, albo jesteśmy zaaresztowani.

20180218_150132m