Archiwa kategorii: Wyprawa 2014/15

Koniec. Ale czy na pewno?

31 grudnia, czwartek

Mija rok 2015. Pechowy rok dla Meliny, dla grona jej przyjaciół, dla Iana i Magdy i dla mnie osobiście. Wcześniej było pięknie, wspaniale, z rozmachem. Miało być jeszcze lepiej. Niestety już nie uda się tak, jak planowaliśmy. Szkoda. Przy sylwestrowych zabawach wspomnijcie ciepło Melinę i swoje przygody na tym zaczarowanym jachcie. Poniżej dwa zdjęcia Meliny stojącej w Saint Peter Port na Guernsey. Ostatnie zdjęcia…

20150925_160448m 20150925_160449m

A w zbliżającym się roku życzę Wam wspaniałych żeglarskich przygód, chociaż nie aż takich, jakie przypadły w udziale ostatniej załodze. I zdrowia. I szczęścia.

Bardzo wiele osób pyta: co dalej? Po chwili marazmu, nieco uzasadnionego, mamy kilka pomysłów. Ale o tym już w nowym – szczęśliwym roku 2016.

Bolek

Ścięte drzewo

10 października, sobota

Wczoraj rano ściąłem w naszym ogrodzie starą morelę.

Wczoraj popołudniu dowiedziałem się, że Melina nie będzie podnoszona z dna i nie będzie transportowana na brzeg. Zostanie na głębokości 12 metrów na pozycji koło Roustel Beacon, gdzie ją straciłem. Ścięto jej maszty, żeby nie przeszkadzały w żegludze innym statkom.

Na wiosnę, być może, będziemy sadzili nowe drzewo.

Bolek Rudnik

Relacje

30 września, środa

Od poniedziałku wieczorem jesteśmy już we Francji. Ja od wczoraj czekam w Concarneau na kuriera z zapasowymi kluczykami do auta. Reszta załogi jest w Saint Malo. Być może niedługo zobaczymy się w Polsce. Na różnych stronach internetowych jest kilka relacji. Podam je za chwilę, bo lepiej wiedzieć, niż się domyślać.

20150928_100243

Na zdjęciu pierwsza strona lokalnej gazety, a tu link.

W tej właśnie chwili dowiedziałem się, kto nas wypatrzył i zawiadomił SAR. To 16-letni chłopak! Tu jest link do  tej bardzo ważnej dla nas informacji. (Dodane 3 października, już w kraju: Wprawdzie to nie Tom nas zauważył, ale brał czynny udział w akcji ratunkowej. Dziękujemy.)

Tu jest strona RNLI - Royal National Lifeboat Institution - oddziału z Guernsey. To oni przyszli nam z pomocą. Akcją kierował pan Vince Helmot. Link do ich Facebooka.

Tu strona BBC z newsem o akcji, a tu dyskusja na stronie Yachting and Boating World.

Na podstawie naszych relacji powstała informacja na portalu Żagle.pl.

A tu link do melinowego Facebooka, gdzie na bieżąco Marcin przekazuje różne informacje związane z aktualną sytuacją Meliny, np. artykuł w Practical Boat Owner.

Dwie wiadomości, cd.

28 września, poniedziałek

Ocaliliśmy życie i z tego się bardzo cieszymy – szczególnie my. Ale utraciliśmy Melinę. I to jest strata dla wszystkich, którzy ją kochali. A szczególnie dla jej właścicieli – Iana i Magdy. Jest nam niezwykle przykro.

Jak do tego doszło i co się działo? Opiszę to w skrócie i proszę o wybaczenie, jeśli nie trafię w odpowiednie słowa.

W piątek 25 września tuż po godz. 18 tutejszego czasu (17 UTC) po zatankowaniu do pełna bezcłowego paliwa, wypłynęliśmy na wysokiej wodzie w kierunku Cherbourga. Chcieliśmy dostać się tam przed przewidywaną niekorzystną zmianą kierunku wiatru. Postawiliśmy wszystkie żagle. Wiał piękny pełny bajdewind lewego halsu ok. 10 kn. Niósł nas dodatkowo dość silny prąd. Mieliśmy na wszelki wypadek włączony cały czas silnik, który chodził na wolnych obrotach. Po 40 minutach niespodziewany bardzo silny boczny prąd zniósł nas na pobliskie skały i stalową konstrukcję znaku nawigacyjnego.

Jacht zaczął bardzo szybko nabierać wody. Zgasł silnik. Nie udało się nam odczepić pontonu, ani trawy ratunkowej. Nie udało się nam również dostać na konstrukcję znaku, która była na wyciągnięcie ręki. Prąd wody mocno uderzał jachtem o skały. Po mniej więcej minucie pogrążyliśmy się w wodzie. Nad powierzchnię wystawały jedynie topy masztów. Prąd wody szybko porwał nas i unosił na pełne morze. Łapaliśmy to, na czym mogliśmy utrzymać się na powierzchni. Niewiele tego było…

Mieliśmy cholerne szczęście w tym nieszczęściu. Ktoś nas zauważył. Z lądu? Kto? Nie wiemy.

Po ok. 15 (?) minutach zauważyłem nadpływający statek SAR. Zostałem wyciągnięty z wody, potem Józek i Asia, którzy trzymali się razem jednego odbijacza, po Hanię podpłynął ponton. Zostaliśmy opatuleni kocami i odstawieni na ląd. Tam czekały na nas już dwa ambulanse, które zawiozły nas do szpitala. Po chwili pojawiła się pani Bożena, która była naszym tłumaczem. Byliśmy mocno wyziębieni.

Po chyba 2 godzinach, kiedy stwierdzono, że wracamy do sił i możemy jakoś sami funkcjonować, załatwiono nam hotelik i zostaliśmy tam odstawieni. Wyglądaliśmy jak beduini w szpitalnych fartuszkach i opatuleni kocami. W hotelu miła obsługa znalazła jakieś ubranka. Wyglądaliśmy dziwacznie, ale potrafiliśmy się już z tego śmiać. Pani Bożena wzięła od nas wszystkie mokre rzeczy  (wszystkie były mokre) do wysuszenia – rano przywiozła dodatkowo jakieś buty, bo tylko mi zostały sandały na nogach. Trochę jeszcze drżeliśmy z zimna. Noc przebiegła niby spokojnie.

Od tego momentu nikt się już nami nie zajmował. Dowiedzieliśmy się, że służby portowe próbowały podnieść i ściągnąć Melinę – bez skutku. Dopiero w sobotę popołudniu, kiedy zszedł z nas pierwszy stres, zaczęliśmy działać. Byliśmy pod telefoniczną opieką pani konsul Renaty Wasilewskiej z Londynu. Załatwialiśmy na policji jakieś dokumenty na powrót,  bo prawie wszystkie zostały na Melinie. Przez przypadek, o dziwo, zachował sprawność mój telefon (markę i rodzaj podam na żądanie), który miałem w wodzie w kieszeni spodni, dzięki czemu mogliśmy się jakoś skontaktować ze światem. Mamy też dwie karty płatnicze (Józka i moją), dwie pary okularów (Asi i Hani), parędziesiąt euro i  paszport (!) Józka. To wszystko.

Ale jesteśmy zdrowi i cali.

Bardzo, bardzo dziękujemy za wszelką okazaną nam pomoc. Wiele osób w kraju działa, żebyśmy mogli spokojnie wrócić do domu. Dziękujemy również za ciepłe smsy i telefony od Was, które podtrzymują nas na duchu.

Dziękujemy ludziom z SAR-u.

I dziękujemy temu KOMUŚ, który nas zauważył.

Guernsey

25 września, piątek

Wczoraj ściągnęliśmy nowe prognozy pogody i od razu zmieniliśmy plany: atakujemy Anglię. No może nie od razu kontynent brytyjski,  ale którąś z wysp. Wybór padł na Guernsey. Tuż po południu Francuzi oddali nam cumy i ruszyliśmy kursem 055. Płynęliśmy cały czas na żaglach pełnym baksztagiem. Płynęliśmy i płynęliśmy. Świecił księżyc w drugiej kwadrze i osiągaliśmy zawrotne prędkości, nawet powyżej 8 kn. aż po północy, czyli już dziś zaoczyliśmy Brytoli. O godz. 0315 rzuciliśmy cumy, ale w ciemną noc nikt ich nie odebrał – musieliśmy sami się przycumować.

Cdn. bo mi się bateria kończy.

Posezonowe Roscoff

23 września, środa

Duj ustał. Uruchomiliśmy więc silnik, wciągnęliśmy żagle i daliśmy nogę z Camaret. W samo południe przekroczyliśmy umowną granicę między Zatoką Biskajską a Kanałem La Manche.

m20150923_112642 m20150923_120947

Pełnym baksztagiem, niekiedy podpierając się dieslem, pomknęliśmy wreszcie na wschód. Przed północą dotarliśmy do jednej z nielicznych w tej części Francji mariny Roscoff. Zastała nas pełna nowoczesność (marina została oddana do użytku w czerwcu ubiegłego roku) i całkowita pustka – żywej duszy. Poszliśmy na wycieczkę do miasteczka przez całkowicie puste ulice. Zastaliśmy je śliczne, czyściutkie, wymuskane. Z żywych istot spotkaliśmy jedynie dwa koty i mnóstwo ślimaków na trotuarach. Wróciliśmy po pierwszej w nocy i padliśmy w koje. Dobranoc.

m20150924_113244 m20150924_113943

Ar Porzh Kameled

22 września, wtorek

Tytuł jest po bretońsku. A po francusku byłoby: Le Port Camaret sur Mer. To tak, jak po kaszubsku i po polsku. Dzisiaj w zasadzie nic się nie działo, oprócz tego, że łeb urywało.

m20150922_131612 m20150922_121146

W związku z tym postanowiliśmy poleniuchować i pognać na wycieczkę krajoznawczą. Byliśmy na stromych skałach, u stóp których rozbijał się z hukiem ocean, przy pomniku ofiar wojen o wolność Francji, zwiedziliśmy muzeum walk na Atlantyku mieszczącym się w odrestaurowanym bunkrze niemieckim i zeszliśmy na śliczną plażę z… zakazem kąpieli. Ot, taka nuda.

m20150922_140059 m20150922_151409

Pięknie wiało

21 września, poniedziałek

Rano stało się to, co miało się stać. Gdy jeszcze smacznie spaliśmy, napadł na nas kapitan portu i w niewybrednych słowach po francusku grzecznie powiedział, żebyśmy sobie z jego portu (…). Tak też uczyniliśmy zaraz po śniadanku. Wiało pięknie, więc po wydostaniu się z labiryntu skał i osuchów od razu postawiliśmy żagle. Płynęliśmy walcząc z żywiołem i w tak zwanym międzyczasie, ot tak sobie przepłynęliśmy tuż koło monumentalnej latarni La Vielle stojącej na podwodnej skale przy przylądku Point du Raz.

m20150921_095552 m20150921_144001

Wieczorem dopłynęliśmy do Camaret sur Mer. Zacumowaliśmy …

m20150921_201544 m20150921_201728

… i szczęśliwie ocaleni poszliśmy do …, nie, nie do knajpy, a do kościółka.

m20150921_200848 m20150921_201056

No, a potem oczywiście do knajpy na małże i inne langustynki i krewetki.

Pierwsze śliwki robaczywki

20 września, niedziela

Rano stało się to, co miało się stać. Gdy poszedłem po świeżutkie bagietki, jacht został najechany (a w zasadzie napłynięty) przez sześciu gości w czerni z napisem na plecach Police Douane z nożami u pasa i pistoletami za pazuchą. Wszystko zostało gruntownie przetrząśnięte, a największą radość mieli z koi kapitańskiej – nie wiem dlaczego. Bagietki szczęśliwie rozwiązały problem, bo tylko to mieliśmy do oclenia. Stracony czas nie pozwolił nam jednak stanąć na starcie dorocznego biegu dookoła Concarneau.

m20150920_101915 m20150920_104008

Ochoczo ruszyliśmy po 14-tej. Ruszyliśmy z ambitnymi planami. Chcieliśmy dopłynąć hen, gdzieś tam daleko. Skończyło się przed wieczorem w rybackim porciku Saint Guenole, do którego wpływaliśmy slalomem.

m20150921_083742 m20150921_083636

Pięknie tu, jak w kieleckiem, ale upojny zapach zgniłych ryb i osuchów przypomina, że jednak jesteśmy nad oceanem. Nawet „za cudowne ocalenie” nie zagłuszyło tego faktu.

m20150921_094047 m20150921_095221

Przystanek fest

19 września, sobota

Wczoraj ok. 18-tej wyruszyliśmy autem do Francji: Joasia Tuz, Józek Radomański, moja Hania i ja. Po drodze po północy zatrzymaliśmy się w samiuteńkim centrum Frankfurtu nad Menem, w oku cyklonu wstępnej wersji Oktoberfestu. Było ciekawie…

m20150919_013052 m20150919_020011

Po spanku i śniadanku w hotelu Ritter ruszamy dalej.

m20150919_095019

Do Concarneau dotarliśmy dokładnie o 2130. Jacht zastaliśmy w takim stanie, w jakim go zostawiliśmy. Jedynie cumy nieco się powyciągały od dbania o Melinę w czasie sztormu w marinie i smętnie zwisały nad wodą. Po spełnieniu oczywistego cudownego ocalenia, późnym wieczorem zakradliśmy się do twierdzy.

m20150920_134638 m20150919_233153a

Etap 68-69: wzdłuż Francji przez La Manche

16 września, środa

Za chwilę znowu wracamy na Melinę do Concarneau, tym razem w czwórkę. Od soboty 19 września przez kolejne dwa tygodnie będziemy kontynuowali podróż powrotną do kraju. Tym razem popłyniemy Kanałem Angielskim, czyli kanałem La Manche wzdłuż wybrzeży Francji (po francusku La Manche, to po prostu kanał). Mamy jeszcze wolne miejsca, więc jeśli ktoś w Was miałby ochotę nas wspomóc, chętnie przyjmiemy do załogi.

Francja-Belgia-Holandia1

Po drodze zamierzamy zobaczyć:
- wyspę Ouessant z najjaśniejszą na świecie latarnią Créac’h
- piękne Saint Malo
- klasztor Mont  Saint Michelle
- brytyjskie wyspy Jersey i Guernsey
- parasolki z Cherbourga
- malowicze Honfleur u ujścia Sekwany
- niesamowite Diepp
- z daleka Calais i Dunkierkę, omijając je szerokim łukiem
- Ostendę i Brugię
- Amsterdam, jeśli tam dopłyniemy.

Przeskok w pigułce

15 września, wtorek

Po skomplikowanej podróży powrotnej na łono (dziewięcioma środkami lokomocji) przyszedł czas na podsumowanie. Otóż z Vilagarcia w Hiszpanii do Concarneau we Francji płynęliśmy bez przerwy prawie 3 i pół doby, niemal 80 godzin – w tym 30 godzin na żaglach, 33 godziny na silniku i 17 godzin na żaglach wspomagając się dieslem.  W tym czasie pokonaliśmy 433 mile morskie, co daje średnią prędkość nieco ponad 5,4 węzła. Wiatry mieliśmy na szczęście sprzyjające. Po paru godzinach, stojąc spokojnie w marinie, patrzyliśmy się z ciekawością na morze, które przypominało tort z bitą śmietaną – dobrze, że nas tam już nie było…

Dziękuję całej Załodze!

Ruszamy na podbój

9 września, środa

Po wielu perypetiach ruszyliśmy i odpłynęliśmy z Hiszpanii. W załodze są: Beata Sikora, Maciek Tarnawski, Marcin Tarnawski, Paweł Krogulec i ja.

m20150913_112111

Wypłynęliśmy z Vilagarcia o godz. 1415, zatrzymaliśmy się na chwilę, aby zatankować paliwo i skonsumować obiad i o 1530 ochoczo ruszyliśmy na ocean.

Coś się ruszyło

5 września, sobota

Mamy ekipę i mamy wreszcie od dawna oczekiwaną w miarę korzystną prognozę - nie będzie duło prosto w twarz. Ruszamy z kraju w nocy z poniedziałku na wtorek do Hiszpanii. O świcie w środę 9 września mamy zamiar wyjść w morze. Miejmy nadzieję, że spotkamy się gdzieś z Eternity, na lądzie albo na wodzie. Z rozmów z Jackiem Guzowskim wynika, że na zmianę pogody czeka cała wielka armada jachtów. Wszyscy przygotowują się na wyjście z pułapki Cap Finisterre. Ruszymy szeroką ławą w kierunku Francji.

Mamy trzon ekipy, ale jeśli ktoś z Was ma ochotę, chętnie przyjmiemy do załogi.

Etap 66: Montujemy ekipę na Biskaje

31 sierpnia, poniedziałek

Zapraszamy na Biskaje.

Termin, to pierwsza połowa września. Problemem jest dokładna data wyjazdu, ponieważ w tej chwili czekamy na odpowiednie warunki pogodowe – nie ma co szarpać się z wiatrem w twarz. Melina stoi w tej chwili w hiszpańskim porcie Vilagarcia de Arousa nieopodal Santiago de Compostela – ładnie to brzmi. Całość trasy, to ok. 450 Mm, w tym 330 Mm to odległość z La Coruny do francuskiego Concarneau, które jest naszym celem.

66 trasa1

Zgłoszenia i zapytania proszę kierować bezpośrednio do mnie, najlepiej przez formularz w zakładce Kontakt.    Bolek

Zwykły końcowy lans

28 sierpnia, piątek

Na moje nawoływania o zdjęcia ze świętego miejsca załoga w osobie Joanny przesłała to:

20150828_202920t 20150828_202747t

Ale nadszedł też sms: „Każdemu z nas z czym innym będzie kojarzył się ten rejs i każdy za co innego będzie wdzięczny Melinie. Jedni za nawiązanie nowych znajomości. Inni za możliwość przeżycia czegoś nowego. A jeszcze inni za zobaczenie miejsc, do których by inaczej nie dotarli. Jednak wszyscy cieszymy się, że było nam dane być  na Melinie. JESTEŚMY SZCZĘŚLIWI I ZADOWOLENI.”

A jak się okazało, zdjęć z Santiago de Compostela nie było, bo nie mogło być. Cały czas lało, jak z cebra i nic nie było widać.

Santiago de Compostela

27 sierpnia, czwartek

Może się doczekamy wreszcie jakiejś relacji. Na moją zaczepkę „Gawiedź doprasza się o relację i zdjęcia ze świętego miejsca”, otrzymałem jedynie zdawkowe: „Relacje będą wieczorem”. No, potem troszeczkę się ruszyło: „Santiago de Compostela, to miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie – jedni coś dla ducha, inni ciekawą architekturę, a jeszcze inni mieszankę różnych ciekawych osób z całego swiata. Każdy z nas wraca na Melinę zadowolony. Na pokładzie przy hiszpańskim winie wymienimy się wrażeniami”.

ZDJĘCIA !!! Ale już !