Archiwa kategorii: …Sezon 2019

Atlantycka załoga

27 września, piątek

Nim wyszli w morze wreszcie kapitan zagrał w otwarte karty i odkrył, kto jest w jego załodze. „W kolejności: Zbyszek/złota rączka, Piotr/II oficer i dr chirurg wyprawy, Witek/żeglarz, światowiec i górnik, Staszek oficer, cook i górnik, Marek ekonomista, III oficer, Zosia biolog, Małgosia manager z England, Ryszard I oficer, ekonomista.”

IMG-20190926-WA0000 IMG-20190926-WA0004 IMG-20190926-WA0003 IMG-20190926-WA0002 IMG-20190926-WA0001 IMG-20190926-WA0005 IMG-20190926-WA0007 IMG-20190926-WA0008

Reminiscencje

23 września, poniedziałek

Dzisiaj otrzymałem mail od kapitana rejsu z Irlandii do Francji treści następującej:

Bolku,

jeden z nas – Tomek Gawlak – uwiecznił nasz rejs na swoim aparacie. Po powrocie zmontował to w jedną całość i wrzucił na YouTube’a.  Mam jego zgodę, żeby udostępnić to na stronie Meliny, jeśli oczywiście Melina jest zainteresowana.

https://youtu.be/DKmGsWEaB0U

Pozdrawiam,
Maciek

Oczywiście, że tak! Dziękuję. Obym od wszystkich załóg otrzymywał takie maile.

Koniec pierwszej Portugalii

14 września, sobota

Rano klar na jachcie i końcowe drobne prace bosmańskie, w tym wymiana oleju w silniku. W doskwierającym upale nie chciało nam się już zwiedzać rozpalonego miasta. Odwieźliśmy Johanna do hotelu, a sami we trójkę z Hanią i Józkiem uberem dojechaliśmy na lotnisko.

Na etapach 121 i 122 w trakcie dwóch tygodni przepłynęliśmy 421 mil w czasie 87,5 godziny, z czego aż 60 godzin na żaglach. Wiatry mieliśmy zawsze pełne lub baksztagowe. W Hiszpanii byliśmy w Santiago de Compostela, A Coruna, Camarinas, Fisterra i Vigo, a w Portugalii w Viana do Castelo, Porto, Aveiro, Nazare, Peniche i Lizbonie.

Lizbona

13 września, piątek

Wczoraj przed północą stanęliśmy w Lizbonie w marinie Doca de Alcantara tuż obok ogromnego mostu Ponte 25 de Abril.

Lizbona, to miasto pełne turystów. Pełne, a nawet przepełnione. Na zobaczenie tego pięknego miejsca mieliśmy raptem jeden dzień, a warto tu być i tydzień. Kolejką dojechaliśmy do wieży Torre de Belém i klasztoru Mosteiro dos Jeronimos. Tu dopadł nas upał.

Zabytkowym tramwajem nr 28 dojechaliśmy do centrum obok dworca kolejowego, gdzie w bocznej uliczce w cieniu w malutkiej restauracyjce nawodniliśmy swoje spragnione gardła i zjedliśmy obiad. Stamtąd dalej tramwajem nr 28 dotarliśmy do pięknej starej dzielnicy Alfama u podnóża zamku Castelo de São Jorge.

Późnym wieczorem, po pożegnaniu się z Marcinem, który w nocy miał samolot powrotny, snuliśmy się między tańczącymi na ulicach i biesiadującymi w niezliczonych knajpkach turystami. Po północy zalegliśmy z ulgą w swoich kojach. Uff.

Nazaré i Peniche

11 września, środa

Nazaré okazało się nie takie zwykłe. Wczorajsza wieczorna wycieczka do tawerny w starej części tej rybackiej wioski, to był początek. Dzisiejsza wyprawa kolejką typu „gubałówka” do górnej części wioski i do latarni morskiej na skalistym przylądku wprawiła nas w zachwyt. To tu odbywały się mistrzostwa świata w surfingu. Ogromne fale dochodzą do 30 m wysokości! My oglądaliśmy jedynie zmarszczki – jakieś 6-metrowe. Warto oglądnąć filmiki na Youtube. Piękne miejsce.

Za to leżące 25 mil na południe równie pięknie położone Peniche nie zachwyciło nas. Stara zabudowa rybackiego miasteczka jest niby odnowiona, ale sprawia wrażenie zapuszczonej i opuszczonej. I nawet warownia obronna nie poprawia naszej opinii. Ale i tu warto było przypłynąć.

Rundka pod mostem

8 września, niedziela

Tradycyjnie trzeba było popłynąć z mariny pod most, który nam wczoraj stale towarzyszył. Zrobiliśmy parę kółeczek i przedefilowaliśmy tuż, tuż przy moście, wodząc sztagiem niemal po jego barierkach. Zostaliśmy uwiecznieni na niezliczonej ilości fotografiach.

Filipa odstawiliśmy na najbliższą keję, tuż przy moście. Niestety musiał wracać do domu do małego Antka.

Znowu pchani baksztagowym wiatrem o zachodzie słońca dotarliśmy do malutkiego porciku, Gafanha da Nazare.

Jak zwykle porto w Porto

7 września, sobota

Równiutko o północy wznieśliśmy pierwszy toast białym porto. Była okazja. Ta okazja przewijała się przez calutki dzień. Wyprzedzę i podpowiem, że dobrze ją wykorzystaliśmy.

Ale, żeby nie było, że cały dzień nic, tylko uciechy, to od rana trwały prace bosmańskie. Tuż przed lunchem zjawił się szósty członek załogi, Marcin Krasowski.

Po obiedzie w lokalnej knajpce przeprawiliśmy się promikiem na drugi brzeg rzeki. Następnie zabytkowym tramwajem, takim z lat 40-50 ubiegłego wieku, dotarliśmy do centrum miasta przy moście. Tłum ludzi falował, a my wraz z nim. Zapuściliśmy się w zaułki. W którymś miejscu na sąsiedzkiej impezce zaczął się przepiękny koncert fado. Piękne.

C.d.n