Archiwa kategorii: …Sezon 2019

Koniec etapów hiszpańskich

3 maja, piątek

Dzisiaj rano o godz. 6 w Mazagon został wyokrętowany Jacek, który przez Huelvę, Sewillę i Kordobę musiał wrócić do Malagi na bardzo ważne spotkanie. A ja, osamotniony, nieco później odpaliłem katarynę i popłynąłem ku granicy hiszpańsko-portugalskiej. Na równie ważne spotkanie.

O godz. 14 przycumowałem do stacji paliw już w portugalskim Vila Real de Santo Antonio na granicznej rzece Gwadiana, skąd po drugiej stronie widać hiszpańskie miasteczko Ayamonte. Tym samym zakończyły się etapy hiszpańskiego południa.

Spełnione prośbo-groźby

28 kwietnia, niedziela

Gdybyśmy chcieli, dopłynęlibyśmy do Malagi na pierwszą poranną mszę w katedrze. Ale nam się nie chciało i leniwie na żaglach dopływamy (jest już po południu) do Fuengirola. Tu wyokrętujemy Piotrka. Ale po kolei.

Przedwczoraj, 26-go, wypłynęliśmy z Kartageny z żądaniem lepszego wiatru. Lepszy był o tyle, że, zamiast sztormu, nie było go niemal wcale. No to płynęliśmy prawie cały czas na dieslu przez cały dzień i całą noc.

Wczoraj, 27-go, raniutko na chwileczkę wpadliśmy do przemiłej mariny Almerimar po świeże bagietki. Wypłynąwszy, na wszelki wypadek, postawiliśmy żagle i oddaliśmy się śniadaniu. Nagle drgnęło. Tak drgało przez cały dzień i całą noc. Po drodze mijały nas stada delfinów wzbudzając, jak zwykle, niemałe emocje.

I tak drga do tej pory, czyli do dzisiaj.

Krzywe koło Cabo de Palos

24 kwietnia, środa

Piotr wczoraj sądził, że mi się chce spać. A ja, po prostu, wiedziałem, że nie ma sensu wstawać wcześnie rano, bo i tak nie wypłyniemy. Prognozy jednoznacznie wskazywały na sztorm z mordoru. Tak też się stało i za chwilę łeb urywało. A my spokojnie wypiliśmy kawkę, zjedliśmy śniadanie i poszliśmy na spacer na górującą nieopodal wielgachną latarnię morską. Potem zakupiliśmy zapasy i je do wieczora powoli konsumowaliśmy.

Dzisiaj rano zerwaliśmy się przed świtem i o godz. 0730 ruszyliśmy w kierunku mniej-więcej zachodnim. O godz. 0816 przecięliśmy trasę etapu 53, którą w zeszłym roku w maju przemierzaliśmy w kierunku wschodnim. Tym samym zatoczyliśmy koło. Nieco krzywe.

Jest południe. Mamy wiatr niezbyt korzystny i być może dopłyniemy tylko do Cartageny, a może jednak gdzieś dalej. Zobaczymy.

Wielka gonitwa – start

23 kwietnia, wtorek

IMG-20190422-WA0003   Wielka Pardubicka rozpoczęta!

Wczoraj, w Lany Poniedziałek wystartowali: Jacek Optołowicz, Piotrek Grabowski i ja. Nagrodą jest pobyt nad Morzem Śródziemnym w Hiszpanii.

IMG-20190422-WA0000 IMG-20190422-WA0002

Z Alicante prywatnym autem, jak paniska, dostaliśmy się do Torrevieja. Bez zbędnej zwłoki wsiedliśmy na koń i ruszyliśmy. Z poplątanymi linami fałów i innych sznurków walczyliśmy prawie godzinę, ale trzy żagle postawiliśmy.

Teraz dyktuje Piotrek. Co wyjdzie z tego, sam jestem ciekaw.

Wczoraj rejs nam się wydłużył, wiatr nieco zmalał, wejście do portu latarnik nam wskazał. Wszystko było by dobrze, szliśmy po szlaku, kardynałka wskazała nam weście od południa, za którą zielone światło potwierdziło jedyną słuszną drogę. Tylko, że fala zrobiła się okrutna, wiejący od morza wiatr się wzmógł, a przybijająca do brzegu fala wciskała nasz dzielny okręt wprost na nabrzeże i zacumowane jachty… Tylko trzeźwość naszego kapitana i sprawność załogi okazało się jedynym lekarstwem. Po kilku brawurowych manewrach, heroiczną obroną przed abordażem wystających bukszprytów zacumowanych jachtów, szczęśliwie przycumowaliśmy prawą burtą do brzegu, rzucając cumy i szpringi na każdy dostępny poler… dobrze, że odbijaczy mieliśmy w bród i prawdopodobna strata jednego z nich nawet nie wzruszyła naszego kapitana. Stanęliśmy w Cabo de Palos. (wstawka BR… – tu byliśmy starą Meliną w roku 2014. Relacja tutaj i tutaj.)

Dzień pierwszy zakończyliśmy grubo po północy, przyjemne zmęczenie zmogło nasze ciała. Zadowoleni z przebiegu dnia i szczęśliwego przybycia do docelowego portu, wszyscy zgodnie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, zajmując z góry upatrzone koje.  

Dzień następny, czyli dzisiaj, przywitał nas pięknym słońcem. Załoga wstała bardzo wcześnie, lecz kapitan nakazał dłuższy odpoczynek, godzinę … uznał za zbyt wczesną;)

Rudy 102 z Costa Blanca

19 kwietnia, piątek

Lady Melina czeka na nas w Torrevieja na Costa Blanca. Raniutko w świąteczny Lany Poniedziałek w trzy osoby jedziemy do Pardubic(!), aby stamtąd polecieć do Alicante i w konsekwencji do Torrevieja. Bez zbędnej zwłoki popłyniemy w kierunku Costa Calida, a następnie Costa del Sol.

Piszę te słowa nie bez kozery. Otóż zbliża się długi weekend majowy. Lady Melina w tym czasie będzie podążała z Costa del Sol przez Gibraltar na Costa de la Luz kontynuując tegoroczny plan. Może ktoś z Was się skusi i doleci na któreś z Cost? Lady Melina ma sporo „de la Luz”. Byłoby mi bardzo miło!

e74bf1fd06_mapa-hiszpanii-wybrzeza_640x480xs[1]

Koniec 100-ki w Torrevieja

11 kwietnia, czwartek

Cena postoju w marinie Alicante nie zachęciła nas do pozostawania tam na dłużej. Za to cena wieczornego lotu z Alicante do Wrocławia była na tyle zachęcająca (23 euro), że postanowiliśmy dopłynąć dokądś i zakończyć rejs. Tym dokądś okazała się oddalona o 25 mil Torrevieja. A dopłynęliśmy tam w cudownym wiosennym upale.

W łączonych etapach 99 i 100 pływaliśmy 78,5 godziny, z czego niemal połowę na żaglach, zrobiliśmy 354 mile i odwiedziliśmy aż 9 miejscowości.

Dziękuję Anatolowi i Robertowi.

Do Alicante

10 kwietnia, środa

Niestety ominęliśmy Walencję. Trochę szkoda, ale wiatr we wtorek był na tyle niekorzystny, a do tego silny (6-8 B), że postanowiliśmy nie walczyć z żywiołem i zarefowani po zęby na trzech żaglach popłynęliśmy, jak można było najszybciej i najostrzej, wzdłuż Golfo de Valencia. W nocy dodatkowo walczyliśmy z jednocześnie nadpływającymi całą gromadą ośmioma statkami, które nie wiadomo akurat dlaczego uparły się, aby wszystkie na raz nas nieco postraszyć. Nie z nami takie numery!

Nad ranem w środę osiedliśmy na kotwicy tuż pod górującą nad nami latarnią morską umieszczoną dodatkowo na skalistej skale. To była Javea, a po walencjańsku Xabia. Godzinę po zaśnięciu rybacy poprosili nas, żebyśmy się lekko przesunęli, bo o mało co weszliśmy byśmy  im w szkodę. Po następnej godzinie było już jasno, więc z ochotą wypiliśmy kawę w kokpicie na słoneczku w pięknych okolicznościach przyrody, a następnie ruszyliśmy, z już tylko lekko łopoczącymi żaglami, w dalszą drogę.

Wieczorem dopłynęliśmy do Alicante.

Okrągła 100-ka

8 kwietnia, poniedziałek

Anatol porzucił nas w niedzielę. O 11-tej wsiadł w pociąg i odjechał w dal. Po co? Dlaczego? Zastanawiamy się do tej pory. Porzucił nas samych na pastwę okrutnego morza, ech… Ciężko będzie. A w związku z licznymi pytaniami, chcę krótko uciąć wszelkie niejasności – zostaliśmy we dwójkę i nigdy w tym rejsie nie było nas więcej niż trójka.

Zaczął się setny tydzień, od kiedy porzuciliśmy Macierz dwa lata temu.  Na tę okoliczność Neptun okazał się łaskawy i z Tarragony zadułł połówką prawego halsu. Na zarefowanych podwójnie genui, grocie i bezanie szliśmy cały dzień 6-7 knotów, a w porywach 8, przez zatokę o pięknej nazwie Golfo de San Jorge o de Sant Jordi. W ten sam sposób minęliśmy również przepięknie uchodzące do morza ujście rzeki Ebro. Pysznie było. Bardzo żałuję, że Was tu z nami nie było.

W ten sposób w niedzielę zadułło nas do porciku Vinaros. Nazwa ciekawa, owszem, ale gdybyśmy byli bardziej ambitni, dopłynęlibyśmy do miasteczka o ciekawszej nazwie -  Peniscola…

Dzisiaj, już bez zbytniej historii, dopłynęliśmy leniwie do pięknie położonej mariny Oropesa, tuż nad Walencją.

Z Torredembarra do Tarragony

6 kwietnia, sobota

Przy tym  ciągłym „rrr…”, to aż nam gęby zaczęły furrrrkotać. Spróbujcie sami.

Zatrzymawszy się (znowu o 1 w nocy), bez burzowych strat, w tytułowym Torredembarra, daliśmy sobie luz.  Do tego stopnia, że dopiero po południu na żagielkach popłynęliśmy niespiesznie do też tytułowej Tarragony. Tu poszliśmy w miasto. Owszem, owszem, staróweczka palce lizać. I trafiliśmy na trochę kurrturry wysokiej, bo wzięliśmy udział w katedrze w koncercie chóru z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej. No i co, zdziwieni, że nie tylko winem żyje załoga?

…do Barcelony na chwilę

5 kwietnia, piątek

To „jakoś” okazało się ponad 5-godzinnym postojem pod chmurką w ciemnej, zimnej i mokrej Gironie. Aby podtrzymać morale w oczekiwaniu na zaginionego busa, raczyliśmy się co i rusz trunkami, zakupionymi przezornie w ojczyźnie.

Już o 8 rano w czwartek byliśmy w Palamos na jachcie. Krótka drzemka przedobiednia, formalności w porcie, zakupy, drobne prace bosmańskie i w drogę. Niestety 10 godzin przepłynięte na silniku prawie pod wiatr dał nam nieźle po uszach. Zaczęło się słabo.

O 1 w nocy dopłynęliśmy do Barcelony i zacumowaliśmy w Sant Adria de Besos w marinie Port Forum pod mostem. Już było lepiej, humory nam się poprawiły.

Ponieważ w tej Barcelonie pod mostem nic ciekawego nie było, w południe sobie odpłynęliśmy. W pewnej chwili znaleźliśmy się w jakiejś gromadzie maniaków na łódkach kręcących się w różnych kierunkach i przeszkadzających nam w morskiej podróży. Nagle jakby ktoś wysypał ziarno na zachodzie. Wszystkie dzioby tam się skierowały i na łeb, na szyję pognały w tamtym kierunku. Nie wiedząc o co chodzi, też pognaliśmy z nimi.

Cholery, nieco szybsze były, ale tylko trochę. Wystarczyło to na tyle, że ich nocna burza z piorunami trafiła pół godziny wcześniej… Rozpierzchły się, jak kurczaki. My z nimi.

Etap 99: z Palamos do …

4 kwietnia, czwartek

W środę 3 kwietnia wieczorem na lotnisku we Wrocławiu spotkały się tajemnicze trzy osobniki płci męskiej: Anatol, Robert Rz. i Bolek R. Spotkali się tam przypadkowo z niejakimi Michałem Z. i Mateuszem X., którzy lecieli na Karaiby. Od słowa do słowa uzgodnili jednak, że tamci lecą sobie na swoje Karaiby, a wzmiankowana trójca do Girony. Stamtąd podejrzany triumwirat jakoś miałaby się dostać do Palamos, gdzie mógłby osiąść na jakimś jachcie, na przykład na Lady Melinie.

Kluczowe okazało się słowo „jakoś”.

Etapy 99 i 100: Płyniemy po prostu

30 marca, sobota

Palamos-...1

W środę 3 kwietnia wieczorem lecimy do Girony, skąd autobusem jedziemy do Palamos. 4-go ruszamy i 5-go powinniśmy na chwilę wpaść do Barcelony. 6-go Walencja, a 7-go Alicante. Stamtąd już tylko skok do Cartageny i w okolicach 13-go powinniśmy znaleźć się w okolicach Malagi. Ambitnie.

W każdym miejscu można dołączyć do załogi. Istnieją dobre połączenia lotnicze z Polski z lotniskami po drodze.

Ojciec chrzestny 4+

24 marca, niedziela

Wczoraj przed wieczorem dopłynęliśmy. W Hiszpanię trafiliśmy w miejscowości Palamos. Stanęliśmy w porcie rybackim mocując się z niesamowicie poplątanymi muringami.  Nikt nami się nie zainteresował, wszystkie biura były zamknięte na głucho – maniana. Trudno, musimy porzucić naszą Lady na pastwę niepewności jutra.

IMG_20190323_172646m 20190323_234841m

Lot do ojczyzny mieliśmy z Barcelony nad ranem. Problemem stał się transport na lotnisko. I tutaj udaliśmy się z prośbą do ojca chrzestnego. Okazał się nim Remigiusz mieszkający w Perpignan we Francji, który przedarł się nocą przez granicę i przybył do nas z pomocą. Dzięki jego nieograniczonej dobroci, zaradności i inwencji spokojnie dostaliśmy się na czas na lotnisko. Niestety nie za darmo – kosztowało nas to dwie konserwy gulasz angielski. Wszystkim się to opłacało, a ojciec był nad wyraz usatysfakcjonowany.

W ten niecodzienny sposób znaleźliśmy się teraz we czwórkę w pociągu relacji Kraków – Wrocław podążając do naszych kobiet.

W czasie niepełnego tygodnia przepłynęliśmy 330 mil. Na morzu byliśmy 76 godzin, początkowo pływając aż 42 godz. tylko na żaglach, a resztę, głównie przez Gulf of Lion, niestety na silniku. Bardzo dziękuję całej załodze, czyli Andrzejowi, Łukaszowi i Piotrowi oraz ojcu chrzestnemu Remikowi.

Porquerolles. Co to jest?

21 marca, czwartek

Nie wiecie? Otóż z Nicei wypłynęliśmy tradycyjnie tuż po południu i sobie popłynęliśmy tradycyjnie na genui. Znowu tradycyjnie przez noc zrobiliśmy kilkadziesiąt mil i rano stanęliśmy w marinie przy przepięknej wysepce Porquerolles.

20190321_083644m 20190321_125431m 20190321_125004m IMG_7769m

Ciekawostką z innej beczki może być to, że do tej pory 99% czasu płynęliśmy na żaglach (żaglu), a silnika użyliśmy 15 minut do ominięcia skałek i przy manewrach portowych.

Dalej swoje przemyślenia postara się przelać na ekran monitora Piotrek już po dopłynięciu do Tulonu. Ale ponieważ nie chce mu się włącza się Łukasz.

Następnego dnia po zwiedzeniu wzgórza zamkowego wyszliśmy z portu i znów obraliśmy kurs na zachód. Od początku aż do następnego dnia rano niemiłosiernie bujało. Część przysmaków trzeba było oddać morzu. Na szczęście dotarliśmy do wysp Hyeres i zacumowaliśmy w marinie przy wyspie Porquerolles.

Wyspa Porquerolles jest częścią parku narodowego Port Cros. Oprócz ogrodu botanicznego, kilkudziesięciu knajpek i wypożyczalni rowerów ma w zatoczkach niebiańskie plaże z miękkim piaskiem i lazurową wodą. Z żalem rozstaliśmy się z Porquerolles i popłynęliśmy do Tulonu. Na pocieszenie postawiliśmy komplet żagli: genuę, grota i bezana. Dużą atrakcją było też nocne wejście do wielkiego portu w Tulonie.

IMG_20190321_165153m IMG_20190321_165043m IMG_20190322_133350m 20190322_175804m

W marinie przy braku kontaktu z kapitanatem portu stanęliśmy long side, a dzięki uprzejmości stojących obok żeglarzy dostaliśmy kartę do furtki. Wyszliśmy do pobliskiej tawerny na pyszną rybkę, mule i gigantyczne krewetki. Rano szybkie zakupy na półtora dnia żeglugi i formalności w biurze portu. Okazało się że we Francji wszystkie mariny komunikują się na kanale 9, co dla obsługi jest tak oczywiste, że nie trzeba o tym pisać”.

U księcia Monako

19 marca, wtorek

W poniedziałek tuż po południu wypłynęliśmy z Genui…

20190318_133601m 20190318_133813m

…i na genui dotarliśmy dzisiaj rano do Monaco.

20190319_111204m IMG_20190319_112158m

Byliśmy zaproszeni przez księcia na honorową odprawę wart przed jego pałacem, z czego skwapliwie skorzystaliśmy.

20190319_112139m IMG_20190319_120211m

Potem w kasynie wygraliśmy, a w zasadzie Piotrek wygrał, 30 euro…

IMG_20190319_133706m IMG_20190319_132017m

Każdy znalazł w Monako to, co mu w duszy gra:

20190319_114844m IMG_20190319_123252m

Uradowani odpłynęliśmy do niedalekiej Nicei. Tu nocujemy.

Piotrek: Po pierwszej nocy przespanej na jachcie rozejrzeliśmy się jeszcze raz po Genui, a następnie około 13:30 wyruszyliśmy w pierwszy w życiu rejs morski. Rejs trwał 20 godzin, ale minął bardzo spokojnie, choć nie obyło się bez pierwszych objawów choroby morskiej. Około 9 rano Bolek zbudził mnie z mocnego snu, jednak nie miałem mu tego za złe, widząc na horyzoncie przepiękne Monako.

W Monako zatankowaliśmy, następnie zobaczyliśmy uroczystą zmianę warty pod pałacem książęcym i zajrzeliśmy do największego kasyna. Mimo że zajęło nam to raptem parę godzin, po powrocie na jacht spotkaliśmy zniecierpliwionych Monakijczyków, bo jak się okazało nasza łódka przeszkadzała w kontynuowaniu prac budowlanych. W pośpiechu (nie zdążyliśmy nawet zjeść obiadu) opuściliśmy to wspaniałe miasteczko i udaliśmy się do położonej niedaleko Nicei. Nasz zachwyt nad Monako szybko minął, gdyż Nicea okazała się jeszcze piękniejsza. To właśnie tu zostaliśmy na noc”.

Łukasz dodaje: Z Genui do Nicei płynęliśmy łącznie ponad 23 godzin, cały czas na żaglach. Przepłynęliśmy 93 mile. Wieczorem poszliśmy na spacer po słynnej promenadzie des Anglais i po mieście. Widząc długą kolejkę do jednego z barów, postanowiliśmy do niej dołączyć. Dzięki temu spróbowaliśmy lokalnego przysmaku – pieczonego omleta z mąką kukurydzianą”.

IMG_20190320_110655m IMG_20190319_194545m