Masło i spać!

18 sierpnia, sobota

Przygody wczorajszego dnia nie skończyły się. Rano kupiliśmy świeży chlebek, pomidory i chcieliśmy kupić masełko do chleba. Po długich poszukiwaniach w Kymi wykupiliśmy chyba cały zapas masła, tzn. jedno jedyne opakowanie (po 4,80 euro), bo więcej w całym miasteczku nie było… Cóż, przecież to kraj oliwy, a nie masła.

Chyba stajemy się powoli Grekami. Nic nam się nie chciało. Mniej więcej w południe zalegliśmy w kojach. Przyjemny przewiew wzdłuż wnętrza jachtu owiewał nasze rozpalone ciała (zmysły prysły). Kilka przebudzeń nie zmieniło naszego położenia, aż do wieczora. A wieczorem, po kąpieli w cieplutkim i czyściutkim morzu, jak wszyscy inni wylegliśmy na miasto.

Właściwie, to pojechaliśmy autostopem z Kymi Portu do miasta Kymi. 5 km w górę stromymi serpentynami.

20180818_201624m 20180731_143209m

Po kolacji postanowiliśmy zejść na piechotę. No, zejście po ciemku bocznymi dróżkami stanowiło nie lada wyczyn. Ale żyjemy i oczywiście znowu idziemy spać. A winko, to pyszne pijemy!

W Kymi

17 sierpnia, piątek

Dzisiaj o godz. 1900 zaokrętowaliśmy się z Hanią na Lady Melinie w Kymi (w Grecji, na Eubei). Po drodze mieliśmy następujące przygody:

1. W Poznaniu, z którego lecieliśmy do Aten, spotkaliśmy Piotra Kasperaszka, znanego znawcę Grecji i autora locji tutejszych wód, wybrzeży i wysepek.  Dostaliśmy od niego w prezencie trzy tomy locji i na dodatek grecką książkę kucharską. Wszystko z dedykacją dla załóg Lady Meliny.

20180817_103921m

2. Z lotniska w Atenach pojechaliśmy busem za 6 euro do centrum na nie ten dworzec autobusowy, na który chcieliśmy, wobec tego musieliśmy uszczuplić portfel o 10 euro na taxi. Na właściwym już dworcu kupiliśmy bilet za 16,70 euro do Kymi.

Na tym przygody skończyły się. Po przybyciu do mariny zastaliśmy Lady Melinę w stanie doskonałym, tzn. takim w jakim zostawiliśmy ją dwa tygodnie temu. Po obejściu miasteczka poszliśmy grzecznie spać.

Etapy 67,68: Grecja – Stambuł – Morze Czarne

10 sierpnia, piątek

Wyprawa Lady Meliny w bieżącym roku zbliża się do półmetka. Już w piątek 17 sierpnia lecimy z Hanią do Aten. Potem jedziemy do miasteczka Kymi na wyspie Eubea, gdzie czeka na nas Lady Melina. Stamtąd płyniemy przez Sporady na Morzu Egejskim, cieśninę Dardanele i Morze Marmara do Stambułu. Jeszcze tylko Bosfor i osiągniemy tegoroczny cel, czyli Morze Czarne. Mamy na to 2 tygodnie. Płyniesz z nami? Mamy wolne miejsce dla Ciebie.

LM 67,68 Morze Czarne1

Już Koryncka

22 lipca, niedziela

Jacek zadecydował, że w Patras zakończy swój rejs. Wyokrętowałem go o 0945. Razem przepłynęliśmy 144 Mm w czasie 36,5 godziny, w tym 24,5 godziny na żaglach. Bardzo żeglarski i spokojny etap.

A ja przepłynąłem pod mosten nad Cieśniną Rio-Andirio i w ten sposób znalazłem się wreszcie w Zatoce Korynckiej. Z następną, młodą ekipą umówiłem się wieczorem w Itei.

Zatoka Patraska, jeszcze nie Koryncka

21 lipca, sobota

20180721_094400m Tak wygląda poranny sztorm.

Uroczo jest wskoczyć do czyściutkiej i cieplutkiej wody z samego rana. Teraz płyniemy w kierunku Patras. A co dalej, zobaczymy.

Już widzimy. Otóż po południu stanęliśmy w porcie Patras. Miasto jakoby wymarłe, żywego ducha wokół. Też żadnego podmuszku wiatru, za to w nadmiernych ilościach żar z nieba. I my również przez dłuższą (bardzo dłuższą) chwilę udawaliśmy, że nas tu nie ma. Zalegliśmy w cieniu, jedynie od czasu do czasu uzupełniając płyny ustrojowe.

Pod wieczór ożywił nas Pan Kasjer Portowy, który zmącił wszechobecny spokój każąc zapłacić 49,36 euro. Jedynie za postój, bez prądu, wody, pryszniców, ani kibelków. Trochę przesadził. Tak ożywieni ruszyliśmy na miasto.

20180721_205622m 20180721_210025m

Okazało się, że nie tylko my, ale całe miasto ożyło. Ruszyliśmy szlakiem uroczych knajpek.

Już nie wrócę na Itakę?

20 lipca, piątek

Tytułowe pytanie jest nie bez przyczyny. Ale po kolei. Wczoraj wieczorem okrążyliśmy Antipaxos (wyspę) chcąc stanąć na noc w przecudnej urody Ormos Kalamitsu (zatoczce).

20180719_201449m

Owszem, rzuciliśmy nawet kotwicę, poczekaliśmy chwilę, ale odpłynęliśmy ze względów bezpieczeństwa – za ciasno przy wchodzącym tam czasami wietrze. Szkoda, bo widoki przepiękne, a woda krystaliczna. Odpłynęliśmy w mroczną czeluść Morza Jońskiego. Niebo nad nami promieniało miliardami gwiazd. Poezja! Raniutko świt zastał nas przy przesmyku między wyspami Lefkada, Kefalonia i Itaka.

20180720_064042m

Na chwilową przerwę w naszej ekskursji wybraliśmy ślicznej urody porcik Kioni na Itace. Stanęliśmy na kotwicy i popłynęliśmy bączkiem do tawerny na piwo. Oj, dobre było! Przed nami rozpościerał się widok.

20180720_124618m

Odchodząc wyciągnęliśmy kotwicą (tą Całkiem Nową Kotwicą) jakiś łańcuch. Okazał się być on łańcuchem kotwicznym oddalonego o ok. 1/3 kabla jachtu. Jachtu amerykańskiego. Z awanturą kowboj przypłynął na pontoniku (dość podłym, jak na amerykańskie warunki) niemal od razu. Cała akcja trwała mniej więcej 15 minut, w czasie której m.in. byłem w wodzie z bardzo ostrym nożem w ręku. Szczegóły na żądanie. W każdym bądź razie łódki zostały wyplątane, Amerykanin żyje, ponton jest nie uszkodzony, atrakcje gapiom zapewnione. I dlaczegóż miałbym tu nie wrócić!

20180720_125615m 20180720_130310m

Przepłynąwszy kolejne 50 mil przed północą stanęliśmy na kotwicowisku Messalonghi u wejścia do Zatoki Korynckiej Patraskiej. Podobno tu jest pięknie, ale w tej ciemności nic nie widać. Zobaczymy co jutro przyniesie. Dobranoc.

Etap 62: Jońskie w parę dni

19 lipca, czwartek

Po ponad dwutygodniowym postoju w porciku Benitses na Korfu wreszcie dzisiaj ruszyliśmy ku kolejnej przygodzie. Wczoraj wieczorem dotarliśmy z Jackiem Optołowiczem na łódkę. Niestety tylko we dwójkę, bo nikt inny nie chciał partycypować w tej naszej eskapadzie. Szkoda. Żałujcie, jako i my żałujemy. Mimo długiej nieobecności samotna łódka nie doznała uszczerbku na ciele, kotwica – ta Całkiem Nowa Kotwica – trzymała dzielnie dziób, a cumy dzielnie rufę. W tak zwanym międzyczasie wszystkiego doraźnie dozorowali Ania i Robert z sąsiedniego jachtu A&R i co nieco poprawiali. Dziękuję im za to.

Osobliwością portu Benitses jest to, że aktualnie nie ma zarządcy. Wobec tego nie ma kto pobierać opłat za postój. Owszem, nie ma tu prądu, wody, innych wygód, ani wygódek, ale opłata 0 (zero) euro jest wystarczającą rekompensatą tych niedogodności.

Wieczorem poszliśmy z Jackiem przywitać się z miasteczkiem i jego atrakcjami… :)

Paliwo dowiózł nam dzisiaj rano miły gość małą cysterną. Zatankowaliśmy 200 litrów po 1,50 euro/l, czyli za cenę minimalnie wyższą niż na stacji benzynowej. Chcieliśmy do pełna, ale miał tylko 200.

Równo w południe tutejszego czasu, czyli o godz. 1100 waszego czasu, elegancko zrobiliśmy portowe manewry, odcumowaliśmy, odkotwiczyliśmy i raźnie ruszyliśmy baksztagiem na południe. Wiaterek od tylca 10-12 kn, stan morza 2, słońce pełną gębą, temp. powietrza 28 st. C., temp. wody 24 st. C. Samopoczucie świetne!

LM 62,63,64 Korfu-Sporady 1 20180719_120505m

A to plan naszego i następnego etapu oraz Jacek przy manewrach.

Naprawiony komputer

12 lipca, czwartek

Wreszcie naprawiłem swój komputer (a tak naprawdę musiałem kupić nowy) i zaraz natychmiast uzupełnię relacje. Poczekajcie chwilkę.

Czy ktoś ma ochotę popłynąć w przyszłym tygodniu z Korfu do Kanału Korynckiego? Np. ze mną?

Milazzo na Sycylii, a nie na Sardynii

13 czerwca, środa

Z kotwicy przy miasteczku Stromboli na wyspie Stromboli z wulkanem Stromboli zeszliśmy o wpół do dziewiątej. Popłynęliśmy równiutko na południe kursem 180 w kierunku Milazzo na Sycylii. Połówką dopłynęliśmy na miejsce i znowu rzuciliśmy kotwicę (CNK!). Wieczorem bączkiem dopłynęliśmy do miasteczka. Pominięte w przewodnikach okazało się pełne zabytków i mające swoją ogromną twierdzę. Nocny widok z niej jest zachwycający.

20180613_200923m 20180613_212659m

Dziękuję wnikliwemu Anatolowi, za zwrócenie uwagi w komentarzu na poważny błąd w tytule. Nikt inny nie zauważył, że Milazzo nie leży na Sardynii, tylko na Sycylii.

Na Stromboli na Stromboooli…

13 czerwca, środa

Efekty – palce lizać. Sami zobaczycie!

Wulkan Stromboli, to jeden z głównych celów i atrakcji naszych sardyńsko-sycylijskich etapów. O świcie ruszyliśmy z Lipari i przed południem stanęliśmy na kotwicy (tej Całkiem Nowej Kotwicy) przy wyspie Stromboli, nieopodal miasteczka Stromboli, pod górującym nad wszystkim wulkanem Stromboli. Zarezerwowana wycieczka miała rozpocząć się o 1645. Zapobiegliwy Robert zagnał nas pod kościół, spod którego mieliśmy ruszyć w górę, już o 1445. Zimne piwo pod kościołem nawodniło nasze spragnione ciała.

20180612_145315m 20180612_151837m

Ludzie schodzili się powoli całymi chmarami. Zostaliśmy podzieleni na 20-osobowe grupy. Musieliśmy przejść szkolenie, wypożyczyć specjalne górskie buty i zafasować kaski ochronne, jednolite dla każdej grupy. Nam przypadł w udziale kolor niebieski.

Jednokolorowe grupy ruszają co parę minut ostro pod górę. Mamy do pokonania 900 m w pionie i trzy godziny marszu, żeby dotrzeć o zmierzchu na szczyt. Doświadczony przewodnik spokojnym tempem prowadzi nas krętymi ścieżkami przez dolną, jeszcze zieloną część góry. Skwar, duchota, pył, zmęczenie. Spływający pot zrasza obficie czoła, moczy koszule i majtki. Co 20-30 minut krótki postój, łyk wody i przy okazji ciekawy wykład przewodnika o wulkanach.

20180612_184607m 20180612_181037m

Po dwóch godzinach wychodzimy na pozbawioną roślin czarną część wulkanu już ponad chmurami. Jest naprawdę ciężko. Wąska ścieżynka udeptana setkami nóg wije się jak wąż i niemiłosiernie pyli drobniuteńkim czarnym pyłem wulkanicznym. U góry i u dołu widać jakby gąsieniczki włażące na czarny wulkan.

20180612_190245m 20180612_195647m

Po następnej godzinie dochodzimy wreszcie na szczyt. Czuć siarkę. Ubieramy się w ciepłe rzeczy, bo wiatr łagodzący dotychczasowe zmagania, jednak jest trochę już zimny. Zapada zmierzch, słońce chowa się pod chmury.

20180612_200930m 20180612_203351m

Nagły grzmot przeszywa powietrze, widzimy dym. Już jest ciekawie. Po dodatkowym rygorystycznym przeszkoleniu podchodzimy do krawędzi wulkanu.

20180612_202546m 20180612_202809m

W odległości 300 m od nas w czarnej czeluści widać jakby piec hutniczy buchający bez przerwy ogniem piekielnym i wyrzucający co chwilkę kawałki rozpalonej lawy i kamieni.

20180612_205151m 20180612_205532m

Nagle tuż obok czerwono-żółtej czeluści wybucha jeden, a potem drugi fajerwerk. Tak to się powtarza co 10-12 minut.

20180612_211337m 20180612_211335m

Siedzimy tak godzinę wpatrzeni w niecodzienne zjawisko. Dobra, już wystarczy. Przewodnik rozdaje nam maseczki przeciwpyłowe. Zapalamy latarki i całkiem po ciemku schodzimy bardzo, bardzo ostro w dół jakby po bardzo stromej wydmie. Tylko ta wydma jest czarna, a na dodatek jest czarna noc. W dole i w górze suną te same gąsieniczki, tylko już świecące swoimi czołówkami. Pył, piach i kamyczki dostają się do butów. Ale mamy zakaz zatrzymywania się. Dopiero po ponad pół godzinie takiego niemal zbiegania otrzymujemy możliwość chwili odpoczynku. Kilogramy piachu wysypujemy z ulgą z butów.

Pył. To co przy wejściu pod górę wydawało nam się nie do wytrzymania, tutaj okazało się wielokrotnie gorsze. Czasem światło z czołówki nie mogło przebić się przez wszechogarniający pył i rozpraszało się nie dochodząc pod nogi. Wejście w strefę zieloną niewiele pomogło. W takich tumanach doszliśmy pod kościół. Tutaj okazało się, że Ela zgubiła na szczycie wulkanu telefon, który jakiś łaskawca przyniósł do rąk własnych po pół godzinie.

Uff, udało się. Kąpiel w morzu była wybawieniem dla naszych uciemiężonych ciał. Ale Elę, chyba za karę za gapiostwo, poparzyła meduza, która niezauważona (meduza) zniknęła w czarnej otchłani morza. Umordowani, ale szczęśliwi poszliśmy spać.

W Lipari na Lipari

11 czerwca, poniedziałek

No i tak sobie płynęliśmy na terkotliwym silniku. Aż do chwili kiedy przeżyłem déjà vu: „Ryba, Ryba! Rybaaa!!!”. No, no, efekt niezły, popatrzcie sami:

20180611_092903

Po południu zacumowaliśmy w miasteczku Lipari na wyspie Lipari, największej spośród Wysp Liparyjskich. Stanęliśmy przy jednej z licznych kei, targując się o zapłatę. Zeszło do 50 euro. Od razu wskoczyliśmy do krystalicznie czystej wody. Uff, ulga. Pokąpielową słoność spłukaliśmy wodą bieżącą z nakejowych węży. Trzeba było uważać, bo woda w nich była początkowo tak nagrzana, że aż parzyła.

Miasteczko śliczne, kolorowe, zielone. Podobne w stylu do Palermo, ale zdecydowanie mniejsze. Oglądnijcie galerię (w przygotowaniu).

Sycylijska roszada

10 czerwca, niedziela

Dzisiaj, robiąc miejsce dla przybyłych wczoraj, wyokrętowaliśmy Bogusia K. i Roberta M. Odprowadziłem ich na dworzec, skąd udać się mieli na lotnisko w Katanii. Upał. Powolutku szliśmy ciągnąc tobołki i przysiadając co chwilę na ocienionych ławeczkach. Wstąpiliśmy do parku, a przy samym dworcu, mając godzinę czasu do odjazdu, usiedliśmy w kafejce popijając zimne piwo i przepyszne cappuccino i espresso. Nie dziwimy się już wcale południowcom takich przyzwyczajeń i niespiesznego życia. Upał doskwiera.

20180610_115518m 20180610_123913m

W morze ruszyliśmy popołudniu. Cisza na wodzie i brak jakiejkolwiek rozrywki spowodował zapotrzebowanie na różnorakie prace bosmańskie. Jurek, doświadczony konstruktor, a i kapitan swojego trimarana, wziął się i całą resztę do roboty. Nudno nie było aż do zmierzchu. M.in. zamontowaliśmy, testowaną w Cagliari na lądzie, słynną już Całkiem Nową Kotwicę.

20180611_111248m

No i tak sobie płynęliśmy na terkotliwym silniku.

Palermo na horyzoncie

9 czerwca, sobota

Światła Sycylii zaoczyliśmy wczoraj ok. godz. 22. Teraz jest południe. Dopływamy do Palermo.

20180609_114936m 20180609_102012m 20180609_115520m

Poniżej wieczorny ciąg dalszy.

W Palermo cumowaliśmy przy silnym wietrze z prawej burty. Udało się, o dziwo, już przy drugim podejściu, choć łatwo nie było. W ciągu nieco ponad dwóch dób przepłynęliśmy ciurkiem prawie 230 mil.

Po obiedzie ruszyliśmy w miasto zobaczyć kolebkę mafii i szukać jej śladów. Niewprawnym okiem oczywiście nic nie znaleźliśmy, choć na pewno mijaliśmy wielokrotnie jej członków. Nieźle się zamaskowali wśród wielokolorowego tłumu głównie młodych ludzi. W całym mieście restauracje, bary i knajpki (kontrolowane zapewne przez bossów) szczelnie wypełnione. A wieczorem aż trudno się było przecisnąć przez bawiące się grupy młodzieży. Przecież to sobota. W ten gorący dzień ładnie wyglądali, zarówno dziewczęta, jak i chłopcy.

A samo miasto? Widać włoską specyfikę: piękne budynki z powyginanymi balkonami w ciasnych uliczkach, ale z sypiącym się tynkiem, piękne place pełne zieleni, a tuż obok obskurne stragany pełne różnorakiego badziewia, czysto w oficjalnych częściach miasta, a totalne śmieciowisko w zaułkach. Zresztą pooglądajcie galerię (za chwilę, bo jest w przygotowaniu).

Bardzo późnym wieczorem, a w zasadzie już w nocy, powitaliśmy Elę i Roberta Rzepeckich. Od razu udaliśmy się do knajpki na nocny obiad z lokalnym winem.

20180611_111215m

Pa, Sardynio!

7 czerwca, czwartek

W samo południe opuściliśmy gościnną, z bardzo miłą obsługą, marinę Portus Karalis i zatankowaliśmy paliwo. Częściowo nowa załoga wreszcie ruszyła na morze.

Na pożegnanie aura spłatała nam niezłego psikusa i przy samym południowo-wschodnim krańcu Sardynii obsypała nas hojnie gradem średnicy 1-2 cm. Nieszczęśnicy, którzy akurat mieli wachtę (Boguś i Robert) doznali nieszkodliwych uszkodzeń na ciele i duszy. Reszta się radowała. A gdyby ktoś nie wiedział, jak wygląda południowo-wschodni kraniec Sardynii, to proszę bardzo, oto on.

20180607_180709m

Ponieważ wypływamy na dłuższy czas z Sardynii i nie boimy się konsekwencji, skomponowaliśmy pewną wariację na temat. Oryginał można sobie przypomnieć TU.

20180606_105231m

A teraz kurs na Sycylię. Pa!

Sardyńska podmianka

6 czerwca, środa

Dzisiaj opuściła nas na dobre Monika. Podczas wczorajszego wieczora powitalno-pożegnalnego powstał poemat ku czci. Otóż on:

Pięć dni, jak oka mgnienie, minęły pod żaglem Meliny
I nadszedł czas pożegnania naszej jedynej dziewczyny.
Drugi oficer na statku – pierwsza gaduła na jachcie
Będzie nam jej brakować, szczególnie na nocnej wachcie.
To Ona biła rekordy żeglując na wielkiej fali,
Pomimo kursu na Algier dowiozła nas do Cagliari.
Dzisiaj, w dniu pożegnania, smutni, lecz pełni nadziei,
Że jeszcze się razem spotkamy, gdzieś na nieznanej kei.

Stratę po Monice będzie próbował zapełnić Romek. Zobaczymy, czy da radę. Sądzimy, że szanse ma raczej marne. W tak zwanym międzyczasie, czekając na przylot Romka, testowaliśmy kotwicę – Całkiem Nową Kotwicę. Pojechaliśmy na pobliską plażę i ciągaliśmy ją na sucho po piasku, na mokro po piasku, na trawniku, po koniczynie, w kaktusach i w kwiatkach.

20180606_163259m 20180606_182919m

Działa cudnie. Jesteśmy szczęśliwi.

Romek Więckowski przyleciał późnym wieczorem. Przywiózł ze sobą banderę włoską, której nam brakowało, a którą podarował Maciej R. z dalekiego Wrocławia.

20180606_223602m

Wieczór powitalny przeciąga się do tej pory…

Cagliari

5 czerwca, wtorek

Nad ranem dopłynęliśmy do mariny Portus Karalis w Cagliari. Na podejściu ciemno jak …, tankowce i rybacy kręcili się w te i we wte jak duchy, a na dodatek światła miasta w swej jasności całkowicie zaciemniały obraz rzeczywistości.

20180606_133817m 20180605_125638m

W południe pojechałem przez całą Sardynię po nowych załogantów Bellę i Jurka Kostańskiego. Okazało się, że Bella ma naprawdę na imię Balladyna.

20180605_131417m 20180606_133752m

Dowiozłem ich wieczorem, auto zostawiliśmy tuż przy kei i od razu ruszyliśmy w miasto.

20180605_194952m 20180605_210031m